Menu

Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje!

uwaga: na tym blogu stosuje się ironię, wyciąganie zbyt daleko idących wniosków przypomina wyciąganie dżdżownic z mokrej ziemi

tao sukcesu

sztukmistrz
Wcale nie trzeba wstawać wcześnie rano, aby osiągnąć sukces. Wystarczy się w ogóle nie kłaść.

lepsze jutro

sztukmistrz

Wracałem do domu po ostatnim seansie filmowym. Na cichej osiedlowej alejce nagle wyrósł przede mną zamaskowany mężczyzna w czarnej czapeczce naciągniętej na głowę. W prawej ręce trzymał imponujący kij bejsbolowy. Kilka kroków za nim dostrzegłem drugiego, pochylonego do przodu, jakby w pełnym szacunku ukłonie.

- Oddaj pieniądze albo... - napastnik zakołysał wymownie bejsbolem.

Miałem nieodparte wrażenie, że skądś znam ten szczery do bólu głos, spokojny i rzeczowy na przekór całej sytuacji. Rozejrzałem się szybko wokoło, ale o tej porze porządni ludzie nie urządzają sobie spacerów. Nie nadaję się na bohatera. Posłusznie wyjąłem portfel z kieszeni marynarki. Wyrwał mi go i nie odwracając się, podał swojemu towarzyszowi. Spod czapki wymknął mu się kosmyk rudych włosów.

- Przepraszam, ale my się chyba gdzieś spotkaliśmy - ruszyłem niepewnie w kierunku złoczyńcy, podejmując żałosną próbę odzyskania swojego majątku

- Donek, spadamy - rzucił zduszonym głosem jego kumpel i obydwaj mężczyźni bezszelestnie rozpłynęli się w pobliskich zaroślach. Na chodniku pozostał po nich tylko mój portfel, fachowo wypatroszony.

W domu zaglądnąłem do internetu, aby trochę ukoić rozdygotane nerwy. "Rząd wszelkimi sposobami stara się załatać dziurę budżetową".

ale wykręciłem numer

sztukmistrz
W niedzielę rano, kiedy jeszcze zupełnie nieprzytomny zabierałem się do porannej kawy, latarni morskiej w zamglonej czasoprzestrzeni, zadzwonił znienacka mój służbowy telefon. Naprawdę, trzeba być wyjątkową kanalią albo debilem, żeby dzwonić do kogoś w dzień świąteczny o świcie.

- Słucham? - warknąłem z nieukrywaną wrogością do słuchawki.

Po drugiej stronie głucha cisza.

- Tak, słucham! - narastała we mnie irytacja. Po chwili daremnego oczekiwania rozłączyłem się: jakieś bezmyślne bydle i techniczny analfabeta zapewne bezwiednie wybrał mój numer telefonu. Doprawdy, niektórzy ludzie powinni mieć zakaz posiadania jakichkolwiek urządzeń elektronicznych.

Mniej więcej w połowie kawy zaczęły mnie ogarniać czarne przeczucia. Numer, który pokazał się na wyświetlaczu, był dziwnie znajomy.

Ze zgrozą wpatrywałem się w rejestr odebranych połączeń, jednoznaczny jak pozytywny wynik badania na nosicielstwo. Oto wyjaśniło się, kto za tym wszystkim stoi. Kładąc kubek z kawą uruchomiłem przykryty książką aparat, który zadzwonił na moją służbową komórkę. A potem rozjuszony odebrałem telefon od samego siebie.

karta

sztukmistrz

Restauracja była zadymiona i domagała się natychmiastowego remontu. Orkiestra rzępoliła jakiegoś walca, smutni panowie w długich płaszczach przyglądali się ze znudzeniem parom, snującym się po parkiecie. W głębi barman bez najmniejszego skrępowania zajmował się dolewaniem wody do wódki.

Usiadłem przy stoliku przykrytym brudnym obrusem. Długo kontemplowałem plamy pozostawione na nim przez pokolenia konsumentów, zanim wreszcie przytoczył się kelner.
- Słucham szanownego pana.
- Co podajecie do jedzenia? - zapytałem.
- Płucka są - uśmiechnął się kwaśno - wymię oraz móżdżek.
- Czyli nie ma żadnego wyboru - żołądek podszedł mi do gardła.
- Wybór jest! Płucka są, wymię oraz móżdżek.
- To ja się może jeszcze zastanowię.
- Proszę bardzo - powiedział z urażoną godnością i chwiejnym krokiem oddalił w kierunku kuchni.

Siedziałem przez chwilę przygnębiony, kiedy do stolika podszedł tęgi mężczyzna o nalanej twarzy.
- Przepraszam, widzę, że zastanawia się pan, co wybrać?
- No właśnie, głodny jestem, a tutaj niczego nie mają.
- Niech pan weźmie wymię, jest bardzo treściwe.
- Wymię?
- Płuckami się pan nie naje, a móżdżek jest nieświeży.
- No nie wiem.
- Wymię, tylko wymię - mężczyzna zaczął lekko bełkotać - trzeba zrobić podkład.
- Mam wrażenie, że już pana gdzieś widziałem?
- Pan wybaczy, obowiązki wzywają - wstając zachwiał się i upadł.
- Przepraszam, jestem na lekach - odszedł, otrzepując spodnie.

- Nie słuchaj pan tego pijaka - przysiadł się do mnie jakiś nowy facet - wszyscy biorą płucka.
- Kilka razy strułem się płuckami.
- Cała moja rodzina je płucka i nikomu nic się nie stało.
- Na kwaśno?
- Teraz są na kwaśno, ale będą nawet w pięciu smakach, jeśli tylko klienci będą je zamawiać.
- Czyli mam wziąć płucka?
- Tak, zasługuje pan nie - mężczyzna odchodząc poklepał mnie po ramieniu - Musi pan coś zjeść, bo marnie pan wygląda.

- Coś panu powiem w tajemnicy - jego miejsce natychmiast zajął następny nieznajomy.
- Móżdżek jest wyśmienity, po prostu delicje - wyszeptał mi prosto do ucha.
- Polecano mi raczej płucka.
- Stanowczo odradzam, nie wiadomo, kto maczał w nich palce.
- A wymię?
- Jeszcze gorzej, interesuje się nim sanepid.
- Wie pan, chyba straciłem apetyt.
- Tak nie wolno! Musi pan jeść, inaczej organizm nie będzie mógł funkcjonować.
- Ale móżdżek, płucka albo wymię?
- No właśnie, polecam móżdżek, palce lizać.

ashes to ashes

sztukmistrz

Siedziałem przed komputerem, bezskutecznie usiłując rozwiązać jakiś subtelny problem na granicy urojenia. Niestety, z moimi górnolotnymi procesami myślowymi interferował przyziemny zapach spalonego obiadu. "Co za bezmyślna makolągwa - ganiłem w duchu anonimową sąsiadkę - Jedynym celem jej życia jest pilnowanie garów. I nawet tego nie potrafi dobrze zrobić! Pewnie właśnie przymierza podpaski albo depiluje owłosione nogi".

I dopiero kiedy całe mieszkanie zasnuły intensywne kłęby tłustego dymu, zdałem sobie sprawę, że oto bezpowrotnie skremowałem jedzenie, przeznaczone dla mojego ukochanego jamnika-miniaturki.

zastanawiam się

sztukmistrz
Czy Wasza pogoda również czeka aż wyjdziecie z domu, ażeby natychmiast gwałtownie się zmienić???

kula w łeb

sztukmistrz

Proszę wstać, Wysoki Sąd idzie.

Sąd: Otwieram rozprawę przeciwko Wojciechowi Zet, oskarżonemu o to, że kupił w Tesco pieczonego kurczaka, z zamiarem podania go swojemu synkowi na obiad.

Szmer oburzenia i zgrozy, jakaś kobieta mdleje na sali.

Prokurator: Zła wola i premedytacja oskarżonego nie ulegają wątpliwości. Oskarżony od początku planował nakarmić rzeczonym kurczakiem niepełnoletnie dziecko.

Obrońca: Wysoki Sądzie, w swojej długoletniej karierze broniłem już seryjnych morderców, gwałcicieli, pedofilów, a nawet, za przeproszeniem, polityków. Nigdy jednak nie zetknąłem się z takim stopniem zwyrodnienia. Proszę oczywiście o jak najwyższy wymiar kary.

Sąd: Czy oskarżony chciałby coś powiedzieć na swoją obronę?

Wojciech Zet: Wysoki Sądzie, myślałem, że ten kurczak jest świeży.

Wybuch huraganowego śmiechu na sali: śmieje się do rozpuku publiczność, chichocze histerycznie prokurator, śmieją się jak 2 norki woźny z protokolantką, obrońca trzęsie swoim pokaźnym brzuszyskiem, rechoczą pod kominiarkami antyterroryści i nawet Sędziemu kapią na akta łzy rozbawienia.

Sąd (po uspokojeniu): Badania dowodzą, że wbrew pozorom oskarżony nie jest ani niedorozwinięty ani niepoczytalny oraz posiadał pełną zdolność do oceny swoich czynów. W tej sytuacji sprawiedliwy wyrok może być tylko jeden: kula w łeb!

Jeden z antyterrorystów wyciąga pistolet i strzela oskarżonemu w tył głowy, rozbryzgując malowniczo jego mózg po ławkach sądowych. Publiczność wstaje z miejsc i ekstatycznie klaszcze, krzycząc "bis, bis!".

Kurtyna

nikomu niepotrzebny konkurs literacki na marginesie egzaminu z literatury współczesnej

sztukmistrz

"Słyszę z daleka muzykę. Wydaje mi się, że to lód łamie się pod kopytami konia i nogami człowieka stąpającego obok, krok za krokiem, w milczeniu. Człowiek idący prowadzi konia po lodowej powłoce, pod którą na dnie śpią ryby, martwo zwrócone szklistymi oczyma ku górze. Ryby z półotwartymi pyskami. Bezzębne pyski zasnute szlamem, wyciekającym z bezkrwistych warg. Na białej powierzchni zamarzniętej pustej rzeki o brzegach ginących w dusznej mgle idzie samotny człowiek prowadzący za oszronioną białą uzdę oszronionego białego konia".

I kto to powiedział?

antoni stawarz

sztukmistrz
Dotąd byłem przekonany, że w życiu nie może mnie spotkać nic gorszego, niż ::windows messenger:: Tak było, zanim pojawił się On. A imię jego Antoni Stawarz.

W porównaniu z Antonim Stawarzem messenger jest jak czuły uścisk pięknej kochanki, łyk chłodnego piwa po upalnym dniu albo ballada Leonarda Cohena słuchana przy płonącym kominku.

Kim jest Antoni Stawarz? Nie wiem! Wiem o nim tyle, że ma wyraźną nadwagę i kandydował do Rady Dzielnicy z ramienia Platformy Obywatelskiej. Ambitny kandydat na radnego Antoni Stawarz zamienił moje życie w koszmar. Kampanię wyborczą zaczął kilka miesięcy wcześniej od innych. Pracowicie produkował niezliczone ilości ulotek, którymi jak śniegiem zasypywał całe osiedle. Antoni Stawarz był dosłownie wszędzie, wisiał na lampach, trzepotał na rynnach, barłożył na płotach, panoszył się na murach, plenił się na drzewach, okupował klatki schodowe. Czasem wydawało mi się, że widzę jego twarz w lustrze podczas porannego golenia.

Szczytem arogancji Antoniego Stawarza było naklejenie swojego nalanego oblicza pośrodku szyby w moich drzwiach wejściowych.

W końcu nadeszły wybory, Antoni Stawarz uciułał 300 głosów i dostał wymarzony fotel radnego. Myślałem, że przez 4 lata mogę spać spokojnie. Nie doceniłem determinacji Antoniego Stawarza. Dla odmiany na święta znowu okleił naszą klatkę schodową, tym razem życząc mi wielokrotnie zdrowia, radości i pomyślności w Nowym Roku. Podpisane: Antoni Stawarz.

znaki

sztukmistrz

Od pewnego czasu zauważyłem, że kiedy wychodzę do pracy, ktoś urzęduje w moim mieszkaniu. Najwięcej śladów nieproszeni goście pozostawiali po sobie w łazience. Zwinięty dywanik, który wcześniej leżał starannie rozłożony na kafelkach. Pralka, wyraźnie przesunięta o kilka centymetrów. Zrzucony na podłogę papier toaletowy. Ściągnięty z wieszaka na ziemię gruby, kąpielowy ręcznik z Ikei.

Początkowo nie byłem pewien i składałem wszystko na karb mojego roztargnienia. Kiedy jednak kolejny raz znalazłem toaletę przewróconą do góry nogami, działania jakichś tajemniczych sił nie ulegały wątpliwości. Zagadką pozostawało tylko, w jaki sposób intruzi przedostawali się do środka: jedyny komplet kluczy posiadam ja, a drzwi na zewnątrz nie nosiły żadnych śladów włamania.

Najbardziej oczywiste i logiczne wyjaśnienie, że mieszkam ze złośliwym duchem, w dodatku potwornym bałaganiarzem, w tym wypadku odpadało. Nie wierzę w zjawiska nadprzyrodzone, a poza tym, mam na ścianach specjalne znaki, chroniące przed duchami. Dopiero po kilku miesiącach, kiedy zaczynałem się poważnie obawiać o swoje zdrowie psychiczne, znalazłem rozwiązanie tajemnicy buszujących w łazience stworzeń. To były po prostu pająki, które oczekiwanie na muchy skracały sobie płataniem figli i beztroskimi zabawami.

prosta historia

sztukmistrz
Wcale nie tak daleko, w maleńkiej wiosce na skraju lasu żył drwal, o imieniu Stach. Miejscowość, której próżno by szukać nawet na najdokładniejszych mapach, słynęła na cały kraj z kunsztu jej mieszkańców, krzepkich drwali tak biegłych w swoim fachu, że nikt na świecie nie mógł im dorównać. Dziadek Stacha był drwalem, ojciec Stacha był drwalem, nic więc dziwnego, że Stach nauczył się trzymać w ręku siekierę, zanim jeszcze wypowiedział pierwsze słowo. Wyrósł na mężczyznę wielkiego i silnego jak tur, który jedną ręką podnosił nawet największe kłody. Od wczesnej młodości Stach bez większego wysiłku wygrywał doroczne mistrzostwa drwali, na które zjeżdżali do wioski śmiałkowie z najdalszych zakątków Skandynawii.

Pewnego roku na zawody przyjechał drwal, którego imię powtarzano w miejscowej karczmie z coraz większym szacunkiem. Stach początkowo był trochę zaniepokojony, ale kiedy przyjrzał się przeciwnikowi, żylastej chudzinie, która nawet w kapeluszu ledwie sięgała mu do brody, poczuł się znacznie pewniej. Od świtu do zmierzchu rąbał z łoskotem drzewa, ani na moment się nie zatrzymując, zostawiając za sobą przesiekę, szeroką jak świeżo zaorane pole. Tymczasem jego rywal pracował spokojnie, od czasu do czasu posilając się i odpoczywając. Im bardziej słońce, wyglądające znad wierzchołków stuletnich sosen, przesuwało się ku zachodowi, tym bardziej Stach był pewien swej wygranej.

Kiedy jednak pod wieczór przyszło do podliczenia wyników, okazało się, że to przybysz wyraźnie wygrał zawody. Stach długo chodził wzdłuż sągów, kręcąc głową z niedowierzaniem i przeżuwając nieoczekiwaną porażkę. Wreszcie podszedł do uśmiechniętego zwycięzcy, otoczonego wianuszkiem najpiękniejszych miejscowych kobiet i zapytał natarczywie:
- Powiedz mi, jak to możliwe? Jesteś dwa razy mniejszy ode mnie! W dodatku wciąż robiłeś sobie przerwy, podczas gdy ja pracowałem bez ustanku!

- Ostrzyłem siekierę!

homofobia

sztukmistrz
Że upały są nieludzkie, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Jako mieszkaniec strefy klimatycznej podobno umiarkowanej, czuję się szczególnie poszkodowany, wykorzystany i wydmuchany, jak blondynka, której obiecywano małżeństwo, a skończyło się jak zawsze: na szybkim seksie w samochodzie na parkingu. Tym bardziej, że prognozy zgodnym chórem przewidywały wyjątkowo zimne i mokre lato. W rzeczywistości zamiast deszczu z nieba leje się rozżarzony, suchy ukrop. Rano budzę się we wnętrzu rozpalonego piekarnika, niczym zapomniana przez gospodynię szarlotka. Cały dzień zajmuję się głównie poceniem: to wszystko, na co mnie stać. Jest to czynność o tyle uciążliwa, że od czasu Parady Równości panicznie się boję chodzić samemu pod prysznic. Miasto sprawia wrażenie, jakby naćpało się relanium. Jamnik leży na boku i ciężko dyszy, niczym karp na wigilię. I patrzy na mnie z niemym wyrzutem jednym okiem, jakbym to ja osobiście odpowiadał za globalne ocieplenie. A miała być szaruga, powodzie, a nocą gołoledź. Poważnie zastanawiałem się, czy jest sens w ogóle zmieniać zimowe opony.

Kulisy tej ponurej meteorologicznej afery poznałem dopiero w trajkcie pogaduszek z kolegą, prywatnie sympatycznym moczymordą, służbowo bardzo ważnym dyrektorem w bardzo dużej agencji reklamowej. Biura podrózy, żyjące z wakacyjnych ucieczek Polaków do ciepłych krajów, już w marcu zamówiły u niego chłodne lato na rodzimym podwórku. Pokazał mi nawet listę płac ogólnopolskiej kampanii reklamowej: znalazły się na niej (między innymi) nazwiska osób z pierwszych stron gazet, kilkuset górali, paru dyżurnych synoptyków i dwa skorumpowane bociany.

5 minut

sztukmistrz
Każdy ma swoje 5 minut. Często jednak trwają one zbyt krótko, aby je zauważyć.

kręci mi się w głowie

sztukmistrz

Kiedy sobie pomyślę, że:

1. Żyję na cieniutkiej powierzchni kuli wypełnionej w środku płynną lawą.

2. Ta płonąca w środku kula wiruje jak bąk wokół własnej osi z prędkością 1700 km na godzinę.

3. Wirująca kula pędzi jeszcze wokół Słońca z prędkością 200 000 km na godzinę.

4. Wirująca kula, pędząca wokół Słońca, krąży razem całym Układem Słonecznym z prędkością 220 km na sekundę wokół centrum naszej galaktyki, nazwanej Drogą Mleczną.

5. Razem ze słońcem wokół centrum galaktyki krąży jakieś 400 miliardów innych gwiazd, należących do Drogi Mlecznej.

6. Jakby tego było mało, ta wirująca kula, pędząca wokół Słońca i krążąca wraz nim wokół środka naszej galaktyki, jeszcze na dodatek leci razem z całą Drogą Mleczną gdzieś w nieznane, tak jak kilkaset miliardów innych galaktyk, które oddalają się od środka Wszechświata, gdzie 15 miliardów lat temu nastąpił tzw. Wielki Wybuch.

No sami powiedzcie, czy w tych warunkach mogę spokojnie pracować?

kremówki

sztukmistrz
Benedykt XVI przyjeżdża do Oświęcimia. Podczas zwiedzania terenu obozu nagle zatrzymuje się i pokazuje jeden z budynków wyciągniętą ręką:
- Tutaj chodziliśmy na kremówki - mówi z wyraźnym wzruszeniem.

tokio hotel

sztukmistrz
Coraz poważniej zastanawiam się, czy nie poświęcić tego bloga mojemu ukochanemu zespołowi Tokio Hotel?!

lament białoczerwony

sztukmistrz

Jesteśmy narodem ::straszliwych ponuraków::. Goście z Zachodu przeżywają prawdziwy szok, kiedy przyjeżdżają do Polski i widzą wokół same stężałe w bolesnym grymasie twarze. Uśmiech uważa się u nas za głupotę albo prowokację. Może gdybyśmy wygrali chociać jedno powstanie, sytuacja wyglądałaby inaczej. Niestety, nasza historia to pasmo klęsk, nieszczęść i upokorzeń, które skwapliwie rozpamiętujemy przy każdej okazji. Krzyżacy, rozbicie dzielnicowe, liberum weto, potop szwedzki, rozbiory, okupacja niemiecka i wreszcie czterdzieści lat czerwonego protektoratu.

Przesadzam? No to przyjrzyjcie się na przykład, jaki program serwuje nam kanał Kino Polska w sobotę:

Już same tytuły tych filmów mogą wpędzić w głęboką depresję nawet człowieka, który przed chwilą wygrał milion w totolotka.

przebudzenie

sztukmistrz

Telefon zadzwonił rano, jak zawsze w najbardziej nieodpowiednim momencie.

- Dzień dobry, czy pan Józef K.? - głos po drugiej stronie słuchawki był ciepły i entuzjastyczny, niczym studolarowy banknot.
- Tak, to ja - odburknąłem kwaśno.
- Z przyjemnością chciałam pana poinformować, że wygrał pan nasz casting na udział w reklamie - głos stał się nieomal wniebowzięty.
- Tylko muszę najpierw zapłacić wam koszty manipulacyjne i podać numer swojego konta bankowego? - próbowałem jak najszybciej sprowadzić ją na ziemię.
- Proszę pana, chyba pan nas z kimś pomylił! Reprezentuję poważną firmę i to my będziemy panu płacić - głos był teraz pełen urażonej godności.
- Ale ja nie brałem udziału w żadnym castingu - muszę przyznać, że trochę dałem się zbić z tropu.
- Tak się tylko panu wydaje, zresztą nie panu jednemu - w głosie zamigotały wyraźne nutki rozbawienia.
- Zaraz, twierdzi pani, że zostałem wybrany do reklamy reprezentowanej przez panią firmy i dostanę za to pieniądze? - zaczynało mi się to coraz bardziej podobać.
- Tak, komisja wybrała pana jednogłośnie
- I będę teraz waszą nową twarzą, jak Naomi Cambell u Diora?
- Tak, to nawet całkiem trafne porównanie.
- A może kimś w rodzaju ambasadora marki? - kułem żelazo, póki gorące
- Hmm, raczej odwrotnie.
- To co to za reklama? - zaczęły ogarniać mnie najgorsze przeczucia.
- Piwa Żywiec. Prawie jak. No wie pan, ta która pokazuje, że prawie robi wielką różnicę.

PS. Bardzo dowcipną parodię rzeczonej reklamy Żywca znajdziecie ::tutaj::

ona

sztukmistrz

Do szczęścia potrzeba mi tylko jednej rzeczy. Kiedy byłem młody i pełen wiary w różne ideały, sądziłem, że będą to piękne kobiety, pieniądze i sława. Teraz wiem, że piękne kobiety prędzej czy później robią się stare i brzydkie. Pieniądze czasem bardzo ułatwiają życie, ale niczego więcej nie należy się po nich się spodziewać. A sława jest niczym płatki śniegu, spadające z nieba w upalny dzień.

Ale jest jedna rzecz, bez której nie potrafię się obejść. Jeśli zostanę jej pozbawiony (przyznaję, że najczęściej przez własną głupotę i niedbalstwo), przeżywam prawdziwy koszmar. Bez niej jestem bezradny, jak rozgotowany ziemniak pod kołami pociągu pośpiesznego relacji Kraków-Warszawa. Chodzi mi rzecz jasna o ... "Gazetę Telewizyjną", piątkowy dodatek do "Gazety Wyborczej".

Muszę przy tym się pochwalić, że telewizji nie oglądam prawie w ogóle. Pierwszy odbiornik TV kupiłem całkiem niedawno, podczas jednej z rozpaczliwych prób powrotu na łono społeczeństwa. Próba zakończyła się oczywiście fiaskiem, ale telewizor pozostał i zapewnia mi przynajmniej jakieś alibi, ograniczając żywiołowe spekulacje sąsiądów, co robię w tym czasie, gdy normalni ludzie siedzą zahipnotyzowani przez migotający ekran.

Jako, że jestem człowiekiem z natury ciekawym świata, lubię jednak wiedzieć, czego nie oglądam. Ten komfort daje mi właśnie 'gazeta telewizyjna'. Zamieszcza ona kilkuzdaniowe streszczenia filmów, doskonale zastępujące same oryginały. Mało tego, wielokrotnie przekonałem się, że te mikrorecenzje są często znacznie ciekawsze i bardziej wartościowe od opisywanych obrazów. Tylko nie zrozumcie mnie źle: nie chodzi tylko o zupełnie nieudane produkcje, jak na przykład dramat polski „Przed odlotem”, przedstawiony następująco: "Kariera naukowa po polsku: nie dość, że wiatr w oczy to jeszcze śmiertelna choroba. Nuda proporcjonalna do zadęcia". Gazeta Telewizyjna świetnie zastępuje również te filmy, które dostają najwyższe oceny. Chociażby czterogwiazdkowe arcydzieło „Krajobraz po bitwie”, czyli "Wajda czyta Tadeusza Borowskiego, patrząc na świat polskich dipisów przez pryzmat malarstwa Andrzeja Wróblewskiego. Filmowy debiut Stanisławy Celińskiej i Anny German. Lektura obowiązkowa". Uff, co za ulga, że nie muszę tej lektury obowiązkowej oglądać ;>

jałowa ziemia

sztukmistrz

Nie czuję się ostatnio najlepiej. Rano budzę się niewyspany i zmęczony, cały dzień chowam się po kątach, aby wreszcie doczekać upragnionego wieczornego znieczulacza. Często mam wrażenie, jakbym szedł ruchomymi schodami pod prąd. Czuję się stary, gruby i brzydki. Jest to o tyle dotkliwe, że zwykle odbieram siebie jako boskie połączenie Casanowy z Supermanem, któremu żadna kobieta nie potrafi się oprzeć. Wszystko wskazywałoby na kryzys wieku średniego, ale już go przeszedłem kilka lat temu. Zapisałem się wtedy na studia wieczorowe, zacząłem ćwiczyć jogę oraz powziąłem tysiące innych absurdalnych postanowień, których nawet teraz nie pamiętam.

Moje życie uczuciowe przypomina jałową pustynię, w dodatku świeżo po wybuchu bomby jądrowej. W rubryce "kontakty z ludźmi" należałoby wpisać brak. Chociaż przyznaję, że w dużej mierze na życzenie własne. W rybryce "seks": nie dotyczy. Kobiety mają fenomenalna zdolność wyczuwania looserów. Kiedy byłem na fali, praktycznie nie mogłem się od nich opędzić, a w tym roku na Walentynki dostałem tylko jednego sms-a! Nota bene było to wezwanie do zapłaty zaległych rachunków. Wszystko wskazuje na to, że czeka mnie los starego kawalera-dziwaka, którego śmierć odkryją dopiero po kilku miesiącach sąsiedzi, chyba że wcześniej moje zwłoki pożre ukochany ::jamnik miniaturka::.

© Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci