uwaga: na tym blogu stosuje się ironię, wyciąganie zbyt daleko idących wniosków przypomina wyciąganie dżdżownic z mokrej ziemi
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
poniedziałek, 05 października 2009
tao sukcesu
Wcale nie trzeba wstawać wcześnie rano, aby osiągnąć sukces. Wystarczy się w ogóle nie kłaść.
piątek, 14 sierpnia 2009
lepsze jutro

Wracałem do domu po ostatnim seansie filmowym. Na cichej osiedlowej alejce nagle wyrósł przede mną zamaskowany mężczyzna w czarnej czapeczce naciągniętej na głowę. W prawej ręce trzymał imponujący kij bejsbolowy. Kilka kroków za nim dostrzegłem drugiego, pochylonego do przodu, jakby w pełnym szacunku ukłonie.

- Oddaj pieniądze albo... - napastnik zakołysał wymownie bejsbolem. Miałem nieodparte wrażenie, że skądś znam ten szczery do bólu głos, spokojny i rzeczowy na przekór całej sytuacji.

Rozejrzałem się szybko wokoło, ale o tej porze porządni ludzie nie urządzają sobie spacerów. Nie nadaję się na bohatera. Posłusznie wyjąłem portfel z kieszeni marynarki. Wyrwał mi go i nie odwracając się, podał swojemu towarzyszowi. Spod czapki wymknął mu się kosmyk rudych włosów.

- Przepraszam, ale my się chyba gdzieś spotkaliśmy - ruszyłem niepewnie w kierunku złoczyńcy, podejmując żałosną próbę odzyskania swojego majątku.

- Donek, spadamy - rzucił zduszonym głosem jego kumpel i obydwaj mężczyźni bezszelestnie rozpłynęli się w pobliskich zaroślach. Na chodniku pozostał po nich tylko mój portfel, fachowo wypatroszony.

W domu zaglądnąłem do internetu, aby trochę ukoić rozdygotane nerwy. "Rząd wszelkimi sposobami stara się załatać dziurę budżetową".

wtorek, 07 lipca 2009
król jest nagi
W zamierzchłych czasach, kiedy Internet sączył się wąskim strumyczkiem po zmurszałych kablach TPSA, mój kolega informatyk, zawodowo podejrzliwy, pokazał mi ze wzruszeniem pierwszą porządną wyszukiwarkę. A imię jej było Google.



Przez następne 15 lat rolę czarnego charakteru w krainie komputerów odgrywał Bill Gates, którym matki straszyły swoje raczkujące przed monitorem dzieci. Natomiast Google było jego świetlistą przeciwwagą: apoteozą anielskiej dobroci i bezinteresownej szlachetności. Im więcej Mordor wysyłał w teren ponurych akwizytorów z kopiami Windows pod pachą, tym bardziej Google zwiększało pojemność darmowych skrzynek pocztowych. Aż wreszcie siły dobra zatriumfowały, zmusiły Microsoft do kapitulacji, a armia zbawienia zamieniła się w bandę wyzyskiwaczy i ciemiężycieli.

7 powodów, dla których z dwojga z złego wolę Billa Gatesa od piekielnie sprytnych kolesi z Mountain View:

1. Gdyby nie Internet Explorer przeglądarki internetowe byłyby płatne.
2. Windowsy stanowią całkiem rozsądny produkt za bardzo przystępną cenę.
3. Google stały się chciwe i pazerne, a wyniki wyszukiwania skrajnie zmanipulowane.
4. Gdyby Microsoft trzymał w takiej tajemnicy kody źródłowe, jak Google swój algorytm wyszukiwania, Bill Gates zostałby publicznie ukrzyżowany, spalony na stosie, a następnie wypędzony ze wsi.
5. Z powodu tzw. pozycjonowania Internet jest zamulony milionami stron-fałszywek i zapchany miliardami botów, które zostawiają po sobie odchody w postaci niezliczonej ilości wpisów i fałszywych linków.
6. Wyszukiwarka, której zadaniem miało być "skatalogowanie światowych zasobów informacji i uczynienie ich powszechnie dostępnymi i użytecznymi", w rzeczywistości na gigantyczną skalę fałszuje informację i ogranicza jej przepływ.
7. Google celowo stosują strategię szumu informacyjnego, albowiem na jego tle więcej zarabiają na reklamach AdWords.

mały update: "piekło zamarzło"
środa, 01 kwietnia 2009
ale wykręciłem numer
W niedzielę rano, kiedy jeszcze zupełnie nieprzytomny zabierałem się do porannej kawy, latarni morskiej w zamglonej czasoprzestrzeni, zadzwonił znienacka mój służbowy telefon. Naprawdę, trzeba być wyjątkową kanalią albo debilem, żeby dzwonić do kogoś w dzień świąteczny o świcie.

- Słucham? - warknąłem z nieukrywaną wrogością do słuchawki.

Po drugiej stronie głucha cisza.

- Tak, słucham! - narastała we mnie irytacja. Po chwili daremnego oczekiwania rozłączyłem się: jakieś bezmyślne bydle i techniczny analfabeta zapewne bezwiednie wybrał mój numer telefonu. Doprawdy, niektórzy ludzie powinni mieć zakaz posiadania jakichkolwiek urządzeń elektronicznych.

Mniej więcej w połowie kawy zaczęły mnie ogarniać czarne przeczucia. Numer, który pokazał się na wyświetlaczu, był dziwnie znajomy.

Ze zgrozą wpatrywałem się w rejestr odebranych połączeń, jednoznaczny jak pozytywny wynik badania na nosicielstwo. Oto wyjaśniło się, kto za tym wszystkim stoi. Kładąc kubek z kawą uruchomiłem przykryty książką aparat, który zadzwonił na moją służbową komórkę. A potem rozjuszony odebrałem telefon od samego siebie.
czwartek, 14 lutego 2008
epitafium dla telefonu komórkowego
Chroniczną chorobą naszego wieku jest samotność. A może to po prostu choroba dziedziczna naszego gatunku, która staje się szczególnie widoczna w czasach, gdy wszystko jest tylko namiastką? "Monady nie mają okien, przez które można by zaglądać".

Symptomem cierpkiej samotności, na jaką powszechnie cierpimy, jest patologiczne przywiązanie do telefonów komórkowych. Czytałem co najmniej tuzin tekstów, których autorzy zdradzali wyraźnie emocjonalny stosunek do kawałka plastiku nafaszerowanego obwodami. Jego kradzież, zagubienie lub awarię traktowali jak osobistą tragedię, jak odejście najbliższej osoby.

Miesiąc temu pożegnałem się z moją Nokią 6310i, wierną towarzyszką ostatnich pięciu lat mojego życia. Moja oddana przyjaciółka, która nigdy mnie zawiodła, przeżyła wiele bolesnych upadków, ale nie była zepsuta. Nigdy nie bolała jej głowa. Najgorsze jest to, że ukatrupiłem ją dla srebrnego jak błyszczyk, metroseksualnego samsunga, którego nawet nie umiem odebrać.
wtorek, 05 lutego 2008
moja wina
Z prawdziwym wstydem wyznaję, że kiedy mój przyjaciel Hansik namiętnie studiował etykiety wszystkich produktów, zanim włożył je do koszyka, pukałem się z politowaniem w czoło. Uważałem to za jedno z wielu jego nieszkodliwych dziwactw (tenże Hansik miał między innymi zwyczaj starannego notowania nazw artykułów, których reklamy przerwały mu program w telewizorze, żeby broń Boże przypadkiem ich kiedyś nie kupić). Od czasu jednak, kiedy przyjrzałem się zawartości karmy dla psów w puszkach, reklamowanej jako świeża wołowina, zacząłem uważnie analizować treści kolorowych opakowań. Rezultaty okazały się szokujące! Parówki, bezczelnie zachwalane jako cielęce: 3 procent cielęciny; oliwa z oliwek: 1,5 procent oliwy z oliwek; świeża wołowina, którą kupowałem wielkodusznie ukochanemu jamnikowi: do 4 procent zawartości mięsa; tuńczyk w tzw. "dużych kawałkach": kawałków tuńczyka brak (po odcedzeniu zostaje pusta puszka). W tej sytuacji zaczynam powoli rozumieć, dlaczego mój jamnik woli odżywiać się w śmietnikach.

poniedziałek, 28 stycznia 2008
Google się znęcają nade mną



czy normalny człowiek jest w stanie odczytać ten kod?

sobota, 20 października 2007
karta
Restauracja była zadymiona i domagała się natychmiastowego remontu. Orkiestra rzępoliła jakiegoś walca, smutni panowie w długich płaszczach przyglądali się ze znudzeniem parom, snującym się po parkiecie. W głębi barman bez najmniejszego skrępowania zajmował się dolewaniem wody do wódki.

Usiadłem przy stoliku przykrytym brudnym obrusem. Długo kontemplowałem plamy pozostawione na nim przez pokolenia konsumentów, zanim wreszcie przytoczył się kelner.
- Słucham szanownego pana.
- Co podajecie do jedzenia? - zapytałem.
- Płucka są - uśmiechnął się kwaśno - wymię oraz móżdżek.
- Czyli nie ma żadnego wyboru - żołądek podszedł mi do gardła.
- Wybór jest! Płucka są, wymię oraz móżdżek.
- To ja się może jeszcze zastanowię.
- Proszę bardzo - powiedział z urażoną godnością i chwiejnym krokiem oddalił w kierunku kuchni.

Siedziałem przez chwilę przygnębiony, kiedy do stolika podszedł tęgi mężczyzna o nalanej twarzy.
- Przepraszam, widzę, że zastanawia się pan, co wybrać?
- No właśnie, głodny jestem, a tutaj niczego nie mają.
- Niech pan weźmie wymię, jest bardzo treściwe.
- Wymię?
- Płuckami się pan nie naje, a móżdżek jest nieświeży.
- No nie wiem.
- Wymię, tylko wymię - mężczyzna zaczął lekko bełkotać - trzeba zrobić podkład.
- Mam wrażenie, że już pana gdzieś widziałem?
- Pan wybaczy, obowiązki wzywają - wstając zachwiał się i upadł.
- Przepraszam, jestem na lekach - odszedł, otrzepując spodnie.

- Nie słuchaj pan tego pijaka - przysiadł się do mnie jakiś nowy facet - wszyscy biorą płucka.
- Kilka razy strułem się płuckami.
- Cała moja rodzina je płucka i nikomu nic się nie stało.
- Na kwaśno?
- Teraz są na kwaśno, ale będą nawet w pięciu smakach, jeśli tylko klienci będą je zamawiać.
- Czyli mam wziąć płucka?
- Tak, zasługuje pan nie - mężczyzna odchodząc poklepał mnie po ramieniu - Musi pan coś zjeść, bo marnie pan wygląda.

- Coś panu powiem w tajemnicy - jego miejsce natychmiast zajął następny nieznajomy.
- Móżdżek jest wyśmienity, po prostu delicje - wyszeptał mi prosto do ucha.
- Polecano mi raczej płucka.
- Stanowczo odradzam, nie wiadomo, kto maczał w nich palce.
- A wymię?
- Jeszcze gorzej, interesuje się nim sanepid.
- Wie pan, chyba straciłem apetyt.
- Tak nie wolno! Musi pan jeść, inaczej organizm nie będzie mógł funkcjonować.
- Ale móżdżek, płucka albo wymię?
- No właśnie, polecam móżdżek, palce lizać.
piątek, 19 października 2007
młody człowiek i staruszka
Parkując przed Tesko dostrzegłem w pobliżu wejścia do sklepu staruszkę, bezradną jak kret na betonowym podłożu. Pomimo upału, okutana była w kilka warstw czarnej odzieży, spod których wystawały zmurszałe kawałki jej ciała. Starowinka chwiejnie opierała się na lasce i sprawiała wrażenie osoby, która nie ma pojęcia, gdzie się znajduje.

- Bardzo pana przepraszam - zaczepiła mnie płaczliwie, gdy przechodziłem obok.
- Tak? - zatrzymałem się niechętnie, pełen najgorszych przeczuć.
- Czy mógłby mi Pan dać kilka groszy?

Z ulgą sięgnąłem do kieszeni i wsunąłem do jej trzęsącej się dłoni banknot 10-złotowy.

- Młody człowieku - wykrztusiła wyraźnie wzruszona, mocno ściskając mnie za rękę - jak pan ma na imię?
- Wojtek - już samo "młody człowieku" było warte każdych pieniędzy.
- Wojciechu, czy mogę się za pana pomodlić? - zapytała uroczyście starsza pani.
- Bardzo proszę - rzuciłem zdawkowo, ewakuując się w kierunku ruchomych schodów.



Wieczorem, kiedy pierwsi wierni
zaczęli wysypywać się po mszy z kościoła, poczułem przeszywający ból kręgosłupa, jakby ktoś sadystycznie rozpruwał moją laleczkę voo doo. Chwilę później dowiedziałem się, że na giełdzie straciłem tego dnia kilkanaście procent.

Najwyraźniej Pan Bóg nie lubi, kiedy ktoś próbuje go wyręczać.
wtorek, 02 października 2007
puch marny
W niedzielę obchodziłem prywatny "dzień bez Internetu". Poprzedni taki micro-odwyk skończył się spektakularnym fiaskiem: najpierw pół dnia kręciłem się wokół komputera, niczym matka przy gnieździe z młodymi. Udało mi się wytrzymać do wczesnych godzin wieczornych, kiedy to nagle uprzytomniłem sobie, że nie wiem, dlaczego na naszej planecie zmieniają się pory roku. Dotarło do mnie, jaki jestem pyłek marny, wydany na pastwę potężnych, tajemniczych sił. Ziemia ostentacyjnie krążyła po swojej orbicie, a ja nie mogłem tego dłużej tolerować. Pogalopowałem do sąsiedniego pokoju i z ulgą człowieka, który jest bezradny wobec przeznaczenia, nacisnąłem guzik w obudowie.

Tym razem poszło mi lepiej: przetrwałem ponad 30 godzin odcięty od globalnej pępowiny. Wiem już, co czują ludzie, których pogrzebano żywcem. Najpierw pojawiły się zawroty głowy, suchość w gardle, swędząca wysypka, bóle brzucha i skurcze mięśni. Dręczyły mnie malaryczne dreszcze, przeplatane zimnymi potami. Potem przyszła spłoszona depresja, stany lękowe i kuszące samobójcze myśli. Tabuny białych myszy tupotały szlakiem, który kończył się pod lodówką.

Najgorsza jednak rzecz stała się wieczorem: oglądnąłem "Taniec z gwiazdami".
środa, 08 sierpnia 2007
ashes to ashes
Siedziałem przed komputerem, bezskutecznie usiłując rozwiązać jakiś subtelny problem na granicy urojenia. Niestety, z moimi górnolotnymi procesami myślowymi interferował przyziemny zapach spalonego obiadu. "Co za bezmyślna makolągwa - ganiłem w duchu anonimową sąsiadkę - Jedynym celem jej życia jest pilnowanie garów. I nawet tego nie potrafi dobrze zrobić! Pewnie właśnie przymierza podpaski albo depiluje owłosione nogi".

I dopiero kiedy całe mieszkanie zasnuły intensywne kłęby tłustego dymu, zdałem sobie sprawę, że oto bezpowrotnie skremowałem jedzenie, przeznaczone dla mojego ukochanego jamnika-miniaturki.
piątek, 13 lipca 2007
zastanawiam się
Czy Wasza pogoda również czeka aż wyjdziecie z domu, ażeby natychmiast gwałtownie się zmienić???
czwartek, 07 czerwca 2007
mizeria
Strajk włoski w supermarketach zakończył się taką samą klapą, jak niechlubne rządy AWS pod wodzą Mariana K. Specjalnie pojechałem dzisiaj do teska robić zakupy: luzik. O klęsce buntu klasy robotniczej przesądzić mogła niefortunna nazwa. Nawet dziecko wie, że tylko 2 dobre rzeczy pochodzą z Włoch: pizza i Monika Bellucci. A może powodem solidarnej kompromitacji było błędne założenie, że związkowcy przy kasie będą w stanie pracowac wolniej? W tym celu musieliby albo w ogóle przestać obsługiwać klientów albo wręcz odwrócić kierunek taśmy do przesuwania zakupów.

Panowie Działacze, nieśmiało przypominam, że kiedy byliście u władzy, udało Wam się zapewnić jednej czwartej Polaków w wieku produkcyjnym aż 7 dni wolnych od pracy w tygodniu.
niedziela, 03 czerwca 2007
buty Zebra
Wszystkie opisane w poniższej notce fakty i wypowiedzi są zupełnie prawdziwe, ich podobieństwo do koszmarnego snu pozostaje jednak zupełnie przypadkowe i niezamierzone przez autora.



Generalnie niesłychanie ze mnie spokojny człowiek. Przyznaję, miałem w młodości kilka burzliwych epizodów, ale z wiekiem stałem się łagodny, jak baranek. Po prostu doszedłem do wniosku, że agresja jest kompletnie nieefektywną strategią. Sąsiadom mówię więc grzecznie dzień dobry, pomimo tego, że wystawiają cuchnące śmieci na klatkę schodową. Nie urządzam imprez po 22. Właściwie to nie urządzam również imprez przed 22. Uśmiecham się do wszystkich życzliwie i kiwam potakująco głową. Chronicznie unikam zgromadzeń, ale kiedy już wejdę między wrony, ochoczo wtóruję ich krakaniom. W restauracji zawsze zostawiam 15 procent napiwku, choćby zamiast soli podano mi arszenik. Jestem pełen najgorszych przeczuć, jeżeli chodzi o kierunek, w jakim nerwowo pełzną bezwłose robale, rojące sobie prawo do tytułu rozumnych, ale uważam, że nie ma żadnego sensu z nimi na ten temat dyskutować.


Innymi słowy, można mnie spokojnie przykładać do rany, chociaż bezpieczniej do tego celu używać sterylnego opatrunku. Podejrzewam, że w poprzednim wcieleniu byłem akwizytorem. Albo bezlitosnym satrapą, który utopił swój tron we krwi poddanych. Z punktu widzenia karmy wychodzi na to samo. Pomimo mojej łagodności i pokojowego nastawienia do świata, sankti, sankti, sankti, jest jedno miejsce, na myśl o którym krew się we mnie gotuje i mnie zalewa. To Zebra, sklep z butami.

Miesiąc temu kupiłem w Zebrze sandałki. Właściwie trudno je nawet nazwać butami, raczej były to łapcie ze skóry. Dosyć kosztowne fiu-bździu, ale skusiły mnie napisami "hand made in Portugal, super quality". Ręcznie wykonane super quality łapcie rozpadły się po niecałej godzinie chodzenia. Uzbrojony we wszelkie niezbędne dokumenty udałem się niezwłocznie do sklepu, celem dokonania zwrotu bubla.

Ekspedientka starannie przestudiowała dowody zakupu, potem obejrzała klapki podejrzliwie ze wszystkich stron i triumfalnie wykrzyknęła:
- Ale one były chodzone!
- Gdyby nie były chodzone, pewnie by się nie rozpadły - próbowałem jej spokojnie wytłumaczyć podstawowe prawa mechaniki.
- No właśnie, jak były chodzone, to przecież nie mogę zwrócić panu pieniędzy - pani była niemile zaskoczona moim bezmyślnym uporem.
- Hmm, ale jak inaczej miałem sprawdzić, czy buty nadają się do użytku?
- Mógł pan w nich pochodzić po dywanie!

Na chwilę mnie zatkało. Potem dyskusja trwała długo i w miarę rozwoju stawała się coraz bardziej żenująca. Pani nie przekonał nawet koronny argument, że nie mam w domu ani jednego dywanu. W końcu się poddałem i zgodziłem na wysłanie łapci w ramach reklamacji do producenta. W głębi duszy nawet rozbawiły mnie zapewnienia, że zostaną one jakoby przetransportowane w tym celu do Portugalii: pominąwszy oczywiste ograniczenia czasowe, koszt takiej operacji musiałby przekroczyć wartość reklamowanego towaru.

Po 2 tygodniach odebrałem naprawione buty, oczywiście o żadnym zwrocie gotówki nie mogło być mowy. Ubrałem je kontrolnie na spacer z psem, jednak do domu wróciłem już boso.

- To przecież nie moja wina, że szef zamawia buty, które nie nadają się użytku - wyjaśniła mi ekspedientka w Zebrze, patrząc na mnie z niesmakiem, jakbym był jakimś wyjątkowo nachalnym insektem-recydywistą. Chociaż z punktu widzenia branży obuwniczej wszystkie owady powinny być modelowymi klientami docelowymi.

Rozjuszony zabrzęczałem skrzydełkami i zażądałem rozmowy z właścicielem.

- To nie moja wina, że producent produkuje buty, które nie nadają się do użytku - wyjaśnił mi przez telefon właściciel, tonem pełnym urażonej kupieckiej godności.

Zebra, buty, sklepy: serdecznie odradzam!
środa, 30 maja 2007
Piraci z Karaibów
Popłynęli na dno.
08:31, sztukmistrz , kino
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 kwietnia 2007
globalizacja
Jeszcze nigdy tak niewielu nie miało tak wiele.
czwartek, 29 marca 2007
Bóg jest kobietą

Przeżyłem ostatnio dosyć traumatyczną przygodę, z kobietą w roli głównej, czyli wspaniale zbudowaną studentką historii sztuki, przy której mogą się schować wszystkie greckie posągi. Na osłodę usłyszałem od niej zabawną anegdotę:

- Bóg musi być kobietą!
- Dlaczego?
- Bo tylko kobieta mogła powiedzieć: i nie będziesz miał innych przede mną.

Swego czasu, kiedy jeszcze seks z młodymi pannami nie wydawał mi się taki potwornie bezpłciowy, sypiałem z oną okazjonalnie, raczej ku zadowoleniu obu stron, chociaż może sobie zanadto podchlebiam ;) Zadzwoniła do mnie po dłuższym milczeniu kilka dni temu i zdenerwowanym głosem poprosiła, żebym pomógł jej przewieźć trochę rzeczy, bo wyprowadza się od obecnego chłopaka, aby wrócić do swojego poprzedniego związku, toksycznego jak pęknięty reaktor w Czarnobylu.

Instynkt podpowiadał mi, aby się do tego nie mieszać, ale dziewczę brzmiało tak, jakby je gonił jakiś zboczeniec z nożem w nocy po lesie. Pikanterii całej sprawie dodawał fakt, że zarówno jej aktualny facet, jak i ten wcześniejszy, do którego zamierzała się ponownie wprowadzić, doskonale wiedzieli o mojej epizodycznej roli w edukacji seksualnej ich wybranki. Sytuacja przypominała do złudzenia dylemat rolnika, który ma przewieźć na drugi brzeg kozę, wilka i kapustę, ale dysponuje tylko jednym miejsce w łódce.

Dotarłem pod wskazany adres, odprowadzany czujnym wzrokiem Narzeczonego Nr 2, który niby przypadkiem siedział w służbowym samochodzie na parkingu. Panna otworzyła mi drzwi w takim stroju, jakbym był fotografem, który właśnie przyjechał jej pstryknąć rozbieraną sesję dla "Playboya". Chwile później okazało się, że były to działania pozorujące, mające na celu odwrócenie mojej uwagi. Całe mieszkanie, podłogi, stoły, półki, szafki i parapety były szczelnie zastawione rzeczami przygotowanymi do wywiezienia. Żadna ziemiańska rodzina nie powstydziłaby się takiego majątku. "Trochę betów" oznaczało między innymi: stary i ciężki jak marmurowa płyta nagrobna komputer, sprzęt grający z głośnikami wielkości spichlerzy zbożowych, kilka kontenerów książek, kompletne wyposażenie kuchenne restauracji, telewizor, dziesiątki toreb z ciuchami, które zapewniłyby utrzymanie przez kilka lat dla średniej wielkości lumpexu. Zupełnie załamałem się, kiedy usłyszałem, że zawartość kilku najcięższych siatek stanowią... słoiki z kiszonymi ogórkami.

Nie będę tutaj opisywał Wam całej operacji pod kryptonimem „przeprowadzka” – sam taki opis mógłby spowodować u Was przepuklinę i chorobę wrzodową. Trwała ona wiele godzin i spociłem się przy tym, jak biedna mysz kościelna (chociaż nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat myszy kościelne pocą się bardziej niż te zwykłe, np. polne podczas żniw?). Niedogodności fizyczne były jednak niczym w porównaniu z katuszami psychicznymi: półnaga panienka, kręcąca po schodach zgrabnym tyłeczkiem i dwóch narzeczonych, krążących jak czujne sępy w pobliżu.

W jakim więc celu snuję tę quasi erotyczną gawędę? Ze względu na jej tragikomiczna puentę. Kiedy już cała praca została wykonana i odpoczywaliśmy siódmego dnia w jakiejś knajpce na Kazimierzu, lasia wypiła łyk kawy i powiedziała:

- Wiesz, Wojtku, teraz widzę, ze popełniłam błąd. Będę musiała jednak przewieźć swoje rzeczy z powrotem.

niedziela, 11 lutego 2007
kula w łeb
Proszę wstać, Wysoki Sąd idzie.

Sąd: Otwieram rozprawę przeciwko Wojciechowi Zet, oskarżonemu o to, że kupił w Tesco pieczonego kurczaka, z zamiarem podania go swojemu synkowi na obiad.

Szmer oburzenia i zgrozy, jakaś kobieta mdleje na sali.

Prokurator: Zła wola i premedytacja oskarżonego nie ulegają wątpliwości. Oskarżony od początku planował nakarmić rzeczonym kurczakiem niepełnoletnie dziecko.

Obrońca: Wysoki Sądzie, w swojej długoletniej karierze broniłem już seryjnych morderców, gwałcicieli, pedofilów, a nawet, za przeproszeniem, polityków. Nigdy jednak nie zetknąłem się z takim stopniem zwyrodnienia. Proszę oczywiście o jak najwyższy wymiar kary.

Sąd: Czy oskarżony chciałby coś powiedzieć na swoją obronę?

Wojciech Zet: Wysoki Sądzie, myślałem, że ten kurczak jest świeży.

Wybuch huraganowego śmiechu na sali: śmieje się do rozpuku publiczność, chichocze histerycznie prokurator, śmieją się jak 2 norki woźny z protokolantką, obrońca trzęsie swoim pokaźnym brzuszyskiem, rechoczą pod kominiarkami antyterroryści i nawet Sędziemu kapią na akta łzy rozbawienia.

Sąd (po uspokojeniu): Badania dowodzą, że wbrew pozorom oskarżony nie jest ani niedorozwinięty ani niepoczytalny oraz posiadał pełną zdolność do oceny swoich czynów. W tej sytuacji sprawiedliwy wyrok może być tylko jeden: kula w łeb!

Jeden z antyterrorystów wyciąga pistolet i strzela oskarżonemu w tył głowy, rozbryzgując malowniczo jego mózg po ławkach sądowych. Publiczność wstaje z miejsc i ekstatycznie klaszcze, krzycząc "bis, bis!".

Kurtyna
niedziela, 28 stycznia 2007
nikomu niepotrzebny konkurs literacki na marginesie egzaminu z literatury współczesnej

"Słyszę z daleka muzykę. Wydaje mi się, że to lód łamie się pod kopytami konia i nogami człowieka stąpającego obok, krok za krokiem, w milczeniu. Człowiek idący prowadzi konia po lodowej powłoce, pod którą na dnie śpią ryby, martwo zwrócone szklistymi oczyma ku górze. Ryby z półotwartymi pyskami. Bezzębne pyski zasnute szlamem, wyciekającym z bezkrwistych warg. Na białej powierzchni zamarzniętej pustej rzeki o brzegach ginących w dusznej mgle idzie samotny człowiek prowadzący za oszronioną białą uzdę oszronionego białego konia".

I kto to powiedział?

niedziela, 14 stycznia 2007
cuda się zdarzają
Skądinąd ::zabawna reklama::, pokazująca pościg za skradzionym maluchem, w gruncie rzeczy dotyka kwestii bardzo bolesnej, ale przy tym tak oczywistej, że często przestajemy ją dostrzegać. Chociaż każdy trzeźwo myślący obywatel zdaje sobie sprawę, że musi zdarzyć się prawdziwy cud, aby policjanci wzięli się do roboty.

Bohaterski gliniarz, który kosztem swojego zdrowia i życia osobistego ściga przestępców, istnieje wyłącznie w wyobraźni literatów i scenarzystów. Łatwiej spotkać Romana Giertycha na paradzie równości, niż zaangażowanego w swoją pracę policjanta. Nawet oficjalne statystyki mówią, że wykrywani są sprawcy mniej niż połowy przestępstw. Poza tym, sporządza je sama policja, więc należy podchodzić do nich ostrożnie.

Niezależnie od tego, oficjalnie zgłoszone przestępstwa stanowią tylko wierzchołek góry lodowej. Policjanci doskonale wiedzą (podejrzewam, że głównie tego uczą ich na wielomiesięcznych szkoleniach), że dużo łatwiej, zamiast żmudnie szukać sprawcy, zniechęcić ofiarę. Jako poszkodowany miałem do czynienia z panami w niebieskich mundurach wielokrotnie i za każdym razem czułem się, jakbym to ja był głównym winowajcą. Operacja zawsze przebiegała według tego samego schematu:

FAZA 1: stróże prawa entuzjastycznie mnie przekonują, że nie warto absorbować wymiaru sprawiedliwości taką drobnostką, jak włamanie do lokalu, samochodu, kradzież roweru, itp.

FAZA 2: niechętnie, lewą ręką spisują moje zeznania, prawą grzebiąc sobie ostentacyjnie, za przeproszeniem, w dupie. Następnie wsuwają protokół na spód sterty innych spraw do umorzenia.

FAZA 3: przychodzi komiczne zawiadomienie z prokuratury, że pomimo intensywnego śledztwa, szeroko zakrojonych poszukiwań, działań operacyjnych, nikogo nie udało się złapać i w związku z tym postępowanie zostaje umorzone.

W efekcie stróże prawa łapią co najwyżej jednego na 10 dziesięciu bandytów – głównie tych, którzy pijani zasypiają na miejscu zbrodni albo sami się do nich zgłaszają, dręczeni wyrzutami sumienia. W moim wypadku przynajmniej dwukrotnie złodzieje pozostawili po sobie tak wyraźne ślady, że nawet pięciolatek bez trudu ująłby winnego. Policjanci, którzy jechali na miejsce zdarzenia tak wolno, jak gdyby się cofali (jak to pięknie ujęła Dorota Masłowska), skupieni byli jednak wyłącznie na rozkładaniu bezradnie rąk i przewracaniu oczami.

Kiedy ostatnio ukradziono mi rower na oczach kamer przemysłowych, funkcjonariusz na wstępie poradził mi „prywatnie”, żebym pojechał następnego dnia rano na giełdę rowerową. Czyli powinienem sam znaleźć winnego, aresztować go, założyć mu kajdanki, zabezpieczyć dowody i doprowadzić na komisariat. To zupełnie tak samo, jakby szewc powiedział klientowi: „wie pan, te buty to musi pan sobie jakoś podkleić” albo lekarz do pacjenta: „proszę sobie wyciąć wyrostek w domu na własną rękę”. Zdumiewające, że ani sama policja ani podatnicy nie dostrzegają niczego niestosownego w takim postępowaniu.

PS. Żeby nie było znowu, że czepiam się bez powodu, polecam dowody rzeczowe w postaci notki Leniucha:
leniuch.blox.pl/2005/06/Ofiara-losu.html

piątek, 12 stycznia 2007
wychodzi na to, że
Za seks zawsze trzeba prędzej czy później zapłacić.
środa, 03 stycznia 2007
pieniądze leżą na ulicy
Wracając do samochodu po zapomnianą siatkę z zakupami, znalazłem na chodniku 50 złotych, nowiutkie i szeleszczące. Moją tryskającą krystaliczną radość jednakże szybko zmącił fakt, że było to 50 złotych, które zgubiłem, przechodząc tamtędy kilka minut wcześniej.
niedziela, 31 grudnia 2006
antoni stawarz
Dotąd byłem przekonany, że w życiu nie może mnie spotkać nic gorszego, niż ::windows messenger:: Tak było, zanim pojawił się On. A imię jego Antoni Stawarz.

W porównaniu z Antonim Stawarzem messenger jest jak czuły uścisk pięknej kochanki, łyk chłodnego piwa po upalnym dniu albo ballada Leonarda Cohena słuchana przy płonącym kominku.

Kim jest Antoni Stawarz? Nie wiem! Wiem o nim tyle, że ma wyraźną nadwagę i kandydował do Rady Dzielnicy z ramienia Platformy Obywatelskiej. Ambitny kandydat na radnego Antoni Stawarz zamienił moje życie w koszmar. Kampanię wyborczą zaczął kilka miesięcy wcześniej od innych. Pracowicie produkował niezliczone ilości ulotek, którymi jak śniegiem zasypywał całe osiedle. Antoni Stawarz był dosłownie wszędzie, wisiał na lampach, trzepotał na rynnach, barłożył na płotach, panoszył się na murach, plenił się na drzewach, okupował klatki schodowe. Czasem wydawało mi się, że widzę jego twarz w lustrze podczas porannego golenia.

Szczytem arogancji Antoniego Stawarza było naklejenie swojego nalanego oblicza pośrodku szyby w moich drzwiach wejściowych.

W końcu nadeszły wybory, Antoni Stawarz uciułał 300 głosów i dostał wymarzony fotel radnego. Myślałem, że przez 4 lata mogę spać spokojnie. Nie doceniłem determinacji Antoniego Stawarza. Dla odmiany na święta znowu okleił naszą klatkę schodową, tym razem życząc mi wielokrotnie zdrowia, radości i pomyślności w Nowym Roku. Podpisane: Antoni Stawarz.
sobota, 23 grudnia 2006
rozstanie monopolisty
Pierwsze przykazanie każdego bloggera brzmi: pisz krótko a treściwie. Im krótsza notka, tym lepsza. Optymalna powinna być zredukowana do dwóch, trzech zdań na temat związany z seksem. Długich tekstów nikt nie czyta - chyba, że są wyjątkowo zboczone.

Problem w tym, że historia mojego rozstania z tepsą, chociaż bezsprzecznie zabarwiona masochistycznie, nie daje się tak po prostu ująć w dwóch słowach. To właściwie niesforna epopeja, pełna gwałtownych zwrotów akcji, wzlotów i upadków, uniwersalny traktat eschatologiczny i alegoria kondycji współczesnego człowieka. Łatwiej byłoby mi streścić ostatnie 15 miliardów lat istnienia wszechświata, może dlatego, że najważniejsze rzeczy wydarzyły się w ułamku pierwszej sekundy po Wielkim Wybuchu.



Ale do rzeczy ;) Kilka miesięcy temu postanowiłem zrezygnować z telefonu stacjonarnego TP. Przez 4 lata skorzystałem z niego najwyżej 6 razy, płacąc w sumie 2400 złotych za jego utrzymanie. Tym samym pobiłem absolutny rekord głupoty, czyli kosztu jednego połączenia: 400 złotych, jak stosunkowo łatwo policzyć!


Najpierw udałem się do tzw. telepunktu, gdzie uśmiechnięta panienka, która wyglądała, jak gdyby była przyklejona do swoich tipsów, nie była w stanie niczego zrobić.

Potem zadzwoniłem na słynną niebieską linię, grzecznie odpowiedziałem na szereg niedorzecznych pytań, aby w końcu dowiedzieć się, że rezygnację muszę złożyć na piśmie i wysłać ją do Katowic. Nawet ucieszyłem się: w końcu mogli kazać mi pojechać osobiście np. do Suwałk.

Pismo wysłałem i pochopnie skreśliłem z domowego budżetu 50 złotych, jakie płaciłem co miesiąc za kawałek bezużytecznie zwisającego ze ściany druta. Trzy tygodnie później, o godzinie 9 rano nieoczekiwanie zadzwonił podłączony do tego druta aparat. Jakaś pani jednym tchem zapytała mnie rozespanego, czy może mi zająć 3 minutki? Następnie przez pół godziny tłumaczyła głosem napiętym, jak Azja nawlekany na pal, ile stracę, jeśli zrezygnuję z telefonu. Straszna Pani przewidywała, że w najlepszym wypadku opuszczą mnie wszyscy znajomi, zostawi mnie żona i spędzę resztę życia schorowany w samotności, aby po śmierci pełnić rolę pokarmu dla własnych kotów.

Nie poddałem się i twardo obstawałem przy rezygnacji, może dlatego, że żona zostawiła mnie 10 lat temu.

Tydzień później tepsa odcina mi kabelek i przysyła rachunek za ostatnie sześć dni jego użytkowania. Oddycham z ulgą.

Tepsa jednak nie daje za wygraną i po 3 miesiącach przysyła mi fakturę do zapłacenia, tytułem abonamentu za następny miesiąc, czyli grudzień 2006. Za telefon, który sama wyłączyła na początku września.

Dzwonię na błękitną linię. Ręce tak mi się trzęsą, że dopiero za którymś razem udaje mi się wybrać właściwy numer.
- Dzień dobry, Adam Konsultant, w czym mogę Panu pomóc?
- Chciałem zgłosić, że przysyłacie mi rachunki za telefon, którego nie posiadam.
- Rozumiem, aby mógł potwierdzić Pana tożsamość, musi Pan odpowiedzieć na kilka pytań.
- Słucham?
- Czy korzysta pan w ramach swojego abonamentu z jakichś usług dodatkowych?
- Ale ja nie mam żadnego abonamentu i w ogóle nie korzystam z telefonu. Wyłączyliście mi go 3 miesiące temu.
- W takim razie nie mogę Panu pomóc.
- To znaczy?
- Aby przyjąć Pana reklamację, musi Pan być naszym klientem. Skoro sam Pan przyznaje, że nim nie jest, niczego nie mogę zrobić. Miłego dnia życzę.
niedziela, 17 grudnia 2006
nareszcie!
Właśnie się dowiedziałem, że prestiżowy tytuł człowieka roku 2006, został przyznany przez tygodnik "Time" autorowi tego bloga:

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7