Menu

Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje!

uwaga: na tym blogu stosuje się ironię, wyciąganie zbyt daleko idących wniosków przypomina wyciąganie dżdżownic z mokrej ziemi

koniec

sztukmistrz
Życie jest jak niedzielna wizyta w multipleksie. Przychodzimy żądni wrażeń i podekscytowani. Wita nas klimatyzowany holl, nastrojowo przyćmione światło i uśmiechnięte hostessy, malowniczo kwitnące na tle miękkiej wykładziny. Opuszczamy kino otępieni natłokiem bodźców, przesyceni słonym pop-cornem połączonym z hektolitrami wodnistej coca-coli. Sami musimy się szarpać z ciężkimi metalowymi drzwiami, aby wydostać się na betonowy tunel, którym, mrużąc jak krety oczy, wolno przesuwamy się w kierunku wyjścia do nikąd.

wujek dobra rada

sztukmistrz
Korzystając z niepowtarzalnej okazji, chciałbym przypomnieć moim wiernym i nowym czytelnikom wszystkie te bezcenne rady, jakich udzieliłem na łamach tego blogu, opracowane na podstawie moich bogatych życiowych doświadczeń:

1. Cudowny sekret wiecznej szczupłości gratis, czyli jak łatwo stracić zbędne kilogramy.
2. Savoir vivre cz.1, czyli czego mężczyzna w żadnym wypadku mówić kobiecie nie powinien.
3. Savoir vivre cz.2, czyli czego mężczyzna w żadnym wypadku nie powinien nie robić z kobietą.
4. Jak bez najmniejszego wysiłku utrzymywać swoje otoczenie w nienagannym porządku.
5. Jak zrobić porządną laskę!
6. Podstawowe niebezpieczeństwa przy zawieraniu znajomości przez Internet.
7. Jak ustrzec się kryptoreklamy w życiu osobistym.
8. Zasady postępowania podczas kontroli drogowej.

Mam nadzieję, że dzięki nim wasze życie stanie się łatwiejsze i ogólnie będziecie zdrowsi i bardziej szczęśliwi.

droga do nikąd

sztukmistrz

Moja droga do pracy przypomina świńskie koryto. O tej porze roku jest szara i przygnębiająca, niczym sen narkomana na odwyku. Najpierw mijam Tesco, świątynię konsumpcji dla ubogich w gigantycznym blaszanym baraku. Kawałek dalej po prawej rozkraczył się przysadzisty hotel Sympozjum, otoczony potężnym murem, który pewnie widać nawet z kosmosu. Architekt tego paskudztwa powinien dostać dożywotni zakaz wykonywania zawodu, ale na wszelki wypadek lepiej byłoby go wcześniej profilaktycznie rozstrzelać.

Potem jest coraz gorzej: zaczyna się pozbawione wyrazu osiedle, ciągnące się po obu stronach drogi jak kondukt żałobny. Chaotycznie porozrzucane bloki z wielkiej płyty, jeszcze z okresu schyłkowego komunizmu, wśród których wciśnięto nowe budynki, nieporadnie udające mieszczańskie kamienice. Z gęstego betonowego poszycia gdzieniegdzie wyrastają imitacje apartamentowców. Dziurawa jezdnia, wzdłuż której leżą zwały brudnego śniegu, upstrzone czarnymi kikutami drzew i grupki smutnych ludzi, wyczekujących na przystankach.

Na koniec skręcam w wąska uliczkę, pełną śpiących policjantów, którą docieram na skraj dzielnicy willowej - enklawy luksusu stłamszonej rozrastającymi się ze wszystkich stron blokowiskami. Na świeżo otynkowanej ścianie kłuje w oczy pokoleniowy manifest, umieszczony ręką jakiegoś młodocianego artysty: WISŁA CHUJE, CRACOVIA RULEZ.

Otwórz oczy, właśnie zaczyna się nowy dzień.

padół łez

sztukmistrz

No dobrze, przyznaję się: przez ostatnie 2 miesiące byłem zupełnie odklejony od rzeczywistości. Chociaż określenie odklejony nie do końca jest adekwatne - sugeruje ono pewną bliskość obiektów, podczas gdy ja pozostawałem w odległości wielu tysięcy lat świetlnych od tu i teraz. Z powodu bardzo ciężkiego egzaminu i jeszcze bardziej wciągającej gry komputerowej nie oglądałem telewizji ani nie czytałem gazet, nie kontaktowałem się z ludźmi, właściwie nie wychodząc z domu, a zakupy robiłem nie wysiadając z samochodu. Nie ulega wątpliwości, że w trakcie tej mojej wędrówki po wirtualnych bezdrożach znajdowałem się często na granicy obłąkania, ale na szczęście nie było tam nikogo, kto mógłby mój obłęd zdiagnozować.

Kiedy po przeszło ośmiu tygodniach powróciłem do świata żywych ludzi, okazało się, że kompletnie niczego nie straciłem. Zupełnie tak, jak z polskim kinem moralnego niepokoju. Walcząc z ogarniającą was sennością, po pierwszej scenie idziecie do kuchni zrobić sobie coś do picia. Po powrocie macie wrażenie, że ktoś nacisnął stop-klatkę: na ekranie przez 15 minut absolutnie nic się nie zmieniło.

Koleś, który powiedział, że nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, najwyraźniej nie był w stanie wyobrazić sobie naszego kraju nad Wisłą. Podobno w trakcie mojej nieobecności został wybrany nowy sejm, ale obłudne twarze polityków pozostały dokładnie te same, zgrane jak talia kart w więzieniu. Kiedy włączyłem zakurzony telewizor, jak zawsze trysnęły z niego strumienie krwi, znowu ci sami dentyści używają różnych past do zębów w zależności od reklamy, a listonosz wciąż dzwoni dwa razy. Rosjanie nadal znęcają się nad słabszymi, a cały świat dyskretnie odwraca głowę. Ba, nawet niejaki Jan T., krakowski urzędnik, który w zeszłym roku spowodował paraliż całego miasta, bo nie spodziewał się, że w zimie temperatura spadnie poniżej zera, nadal pozostaje na swoim stanowisku i ponownie będzie odpowiedzialny właśnie za odśnieżanie ulic.

10 powodów, dla których przestałem pisać na blogu

sztukmistrz

1. bo ludzie, zamiast czytać, wolą oglądać gołe dupy
2. bo właściwie powiedziałem wszystko, co miałem do powiedzenia
3. bo i tak mało kto mnie jest w stanie zrozumiec
4. bo wytropiło mnie zbyt dużo znajomych
5. bo obecnie jestem galaktycznym imperatorem
6. bo może będę pisał prawdziwą książkę o seksie, żeby zarobić na sportowego mercedesa
7. bo ile można walczyć z wiatrakami
8. bo mi się znudziło
9. bo nie dostałem się do polecanych
10. bo patrz punkt 1

święto zmarłych

sztukmistrz

Wychodziłem właśnie z klatki na poranny spacer z ::jamnikiem::, kiedy natknąłem się na Małego Tadzia Pakera. Stał na środku chodnika, w niedbałym rozkroku na lekko ugiętych nogach, z papierosem w ustach i wodził łysym łbem dookoła. W pierwszej chwili chciałem udać, że go nie zauważyłem, ale Mały Tadzio Paker to człowiek, obok którego nie można przejść obojętnie. Jak na Małego Tadzia Pakera przystało, łatwiej go przeskoczyć, niż ominąć: 120 kilo napakowanych sterydami mięśni, rozsadzające jaskrawoczerwony ortalion. Tadziu lubi zadawać szyku i dba o swój image: jego dres zawsze wygląda jak spod igły. Podejrzewam, że Tadzio ściagnął go z jakiegoś bogu ducha winnego joggera, który pochopnie zagalopował się na jego tereny łowieckie.

Tu mała dygresja, ale potem już akcja potoczy się tak wartko, że powinniście się również przebrać w strój sportowy. Podejrzewam, iż pomimo swojego niezbyt zachęcającego wyglądu, Mały Tadzio Paker jest w głebi duszy wrażliwym i delikatnym człowiekiem. Dres, łysa pała wyrastająca bezpośrednio z barków, uzębienie przerzedzone jak płot po wiejskim weselu, to tylko pozory, kryjące duszę artysty i estety. Powiedziałbym, że Mały Tadzio Paker zdradza konotacje epikurejskie, gdyby nie to, że za takie słowa natychmiast dostałbym od niego po mordzie.

- Jak leci, Doktorku? - Tadzio wyraźnie ucieszył się na mój widok, a jamnik podbiegł do niego, ostentacyjnie machając ogonem.
- Bez zmian. A co u ciebie - zapytałem grzecznościowo.
- Nie narzekam - odpowiedział Tadzio spokojnie i strzyknął śliną przez brakującą jedynkę.

Uczciliśmy tę głeboką wymianę zdań minutą soczystej ciszy. Chetnie poszedłbym dalej, ale Mały Tadzio Paker dokładnie blokował przejście, niczym żywa barykada.

- Musimy kiedyś pogadać, Doktorku - rzucił od niechcenia, a ja poczułem, że nagle zaczynam się dusić.
- Chętnie, ale dzisiaj bardzo się spieszę.
- Daj spokój, Doktorku, gdzie ci się śpieszy 1 listopada? Boisz się, że umarlaki ci pouciekają? - zarechotał rubasznie. Poczułem od niego silną woń alkoholu, ale przecież zbliżała się już godzina jedenasta rano.

Staliśmy przez kolejną chwilę w milczeniu, a jamnik pobiegł do śmietnika, skwapliwie korzystając z okazji. Zimny wiatr penetrował najgłębsze zakamarki mojej duszy.

- Zgłodniałem - nagle odezwał się Tadziu - Chodź, Doktorku, zszamamy coś.
- Ja stawiam - wyjaśnił, zupełnie niewłaściwie interpretując moje wahanie.

Jeśli Tadziu zaprasza na wspólny posiłek, możesz albo propozycję przyjąć albo trafić do szpitala na ostry dyżur. Wybrałem, rzecz jasna, wariant pierwszy i niechętnie powlokłem się za nim w kierunku pobliskiego parkingu. Na miejscu Tadziu podszedł do zdezelowanego poloneza i z miną posiadacza pakietu kontrolnego akcji Orlenu otworzył drzwiczki.

- Wsiadaj. Nic się nie martw - dodał, widząc moją niepewną minę - Kradziony.

Ruszyliśmy z fasonem przez wąskie osiedlowe uliczki, kierując się w stronę ogródków działkowych. Tam Tadziu zaparkował pojazd w jakimś zarośniętym krzakami zaułku, zgasił silnik i wyciągnął z kieszeni komórkę.

- Dzień dobry, chciałbym zamówić dużą margeritę na podwójnym cieście ze wszystkimi możliwymi dodatkami... Wiem, wiem, cena nie grali roli... Co do picia? Może być coca-cola. Tak, ulica Rozdroże 14.

Siedzieliśmy w samochodzie, wyraźnie na coś czekając. Zaczynałem coraz bardziej się niepokoić.

- Tadziu, na co my tutaj czekamy? - grzecznie zapytałem.
- Spokojna głowa, Doktorku, zaraz będzie tędy jechał, to najkrótsza droga.

Rzeczywiście, nie minął kwadrans, kiedy na ścieżce pojawił się okutany rowerzysta w firmowej kurtce tele-pizzy. Tadziu uruchomił samochód i kiedy rower znalazł się na naszej wysokości, błyskawicznie wypadł z ukrycia, brutalnie go taranując. Dostawca runął jak kłoda na ziemię. Tadziu wyskoczył z auta i triumfalnie wyszarpnął z z zakrwawionego plecaczka pudełko. Wrócił z nim do środka i wnętrze poloneza wypełnił tłusty zapach roztopionego żółtego sera.

- Jedz, Doktorku, póki ciepła. Zimna pizza potrafi mnie wkurwić na cały dzień.

randka

sztukmistrz

Byliśmy umówieni najpierw na szóstą, potem na ósmą, ale w końcu spotkaliśmy się dopiero o dziewiątej. Agnieszka jest zabieganą kobietą na dorobku. Zajmuje się fotografią: robi zdjęcia raczkującym modelkom, które nie posiadają jeszcze własnego portfolio. Nie udało jej się po tamtej, próbuje swoich sił po drugiej stronie obiektywu. Walczy o swoje miejsce wśród tłumu zdolnych i głodnych ludzi z branży. Zawsze pozostaje jej wyjście awaryjne: jest inteligentna i ma magnetyczną urodę. Jeśli tylko nie przegapi ostatniego dzwonka, nie powinna mieć kłopotów ze znalezieniem męża.

Siedzimy przy barze, Agnieszka sączy wolno dżin z tonikiem, bo powinna uważać z alkoholem. Właśnie wyprowadziła się od pana P., jednego z wielu obiecujących młodych artystów i stara się poukładać sobie wszystko od początku. Konwersacja specjalnie się nie klei, szukam punktu zaczepienia, ale ześlizguję się po twardym puklerzu, utkanym z rozczarowań dziewczyny, która z niejednego pieca chleb jadła. To prawda, że specjalnie się nie staram. Chyba przestało mi zależeć.

Mijają godziny watowane postrzępionym dialogiem, przerywanym odbieranymi i wystukiwanymi sms-ami. Jeszcze jedna wiadomość skądś, następna zamówiona kolejka, starannie wyciśnięta żółta cytryna, kolejny zapalony papieros. Atmosfera wokół staje się gęsta od tytoniowego dymu i oparów alkoholu. Koło pierwszej Agnieszka robi się głodna i znajomy zaprasza nas do siebie na kolację. Wsiadamy do samochodu, który nasz cicerone pilotuje przez uśpione ulice do swojego królestwa na peryferiach miasta.

Nagle jesteśmy sami, z dala od brzęczącego ula. Siedzimy w bezpiecznym półmroku, w radiu puszczają stare, polskie kawałki. Jest nawet "Jolka, Jolka", myślałem, że tego już nikt nie pamięta. Czuję, jak powoli, ząbek po ząbku poluzowują zaciśnięte sprężyny.

Przed trzecią odstawiam gościnnego gospodarza z powrotem do centrum, dla niego noc dopiero się zaczyna. Bez specjalnych oczekiwań pytam Agnieszkę, co teraz.
- Chyba pojadę do domu - skromna przypuszczająca partykuła pozostawia szerokie pole manewru. Bez dalszych konsultacji wiozę ją do siebie. Jest lekko pijana, widać, że podziałała na nią ostatnia, szczodrze napełniona szklaneczka. O tej porze nie ma nikogo innego na drodze, zupełnie pusto, tylko skrzyżowania mrugają do nas natarczywie pomarańczowymi światłami. Znowu ogarnia mnie to wrażenie nierealności, nierzeczywistości tu i teraz, jakby oddzielała mnie od świata przeźroczysta szyba. Stajemy na parkingu pod moim domem. Otwiera drzwi samochodu, wpuszczając do środka zimną mgłę. Jednak nie wysiada, tylko zapala papierosa.
- Zawsze ten sam schemat. Najpierw podlewa się laskę alkoholem, później zabiera ją na chatę - w jej głosie nie ma nic, oprócz obojętnego znudzenia.

Wychodzimy na górę. Robię jej herbatę, potem kładziemy się na niepościelonym łóżku i oglądamy "Kasyno" Scorsese. Przytulam ją i wsuwam dłoń pod szaroniebieski kostium. Początkowo nie reaguje, kiedy jednak docieram do zagłębienia pomiędzy piersiami, spokojnie, ale stanowczo odsuwa moją rękę. W tle De Niro beznamiętnie opowiada historię swojego wzlotu upadku. Robi się bardzo późno, widzę, że zaczynają jej kleić się oczy. Proponuję, żeby u mnie została: mogę spać w drugim pokoju. Przyjmuje moją ofertę z wdzięcznością, chyba nie ma specjalnej ochoty jechać teraz do swojej sublokatorki. Kiedy wracam ze spaceru z psem, już głęboko śpi w poprzek łóżka, w ubraniu, z półotwartymi ustami i rozmazanym makijażem.

podstawowe prawo odchudzania

sztukmistrz
Zaobserwowałem Podstawowe Prawo Odchudzania (bardzo podobne do prawa zachowania energii w układzie):

im więcej czasu, wysiłku i wyrzeczeń włożymy w zrzucenie kilku kilogramów, tym szybciej i łatwiej odzyskamy je z powrotem.

somosierra

sztukmistrz

Wczoraj poczułem się dumny, że jestem Polakiem: czasem w połowie tygodnia czuję taki silny przypływ uczuć patriotycznych ;> Mieliśmy - jak każdy naród - trochę wzlotów i kilka bolesnych upadków, ale przynajmniej uniknęliśmy wojen domowych, nietolerancji i masowych prześladowań religijnych. To prawda, nie będziemy nigdy tacy wytworni jak Francuzi, czarujący jak Włosi, muzykalni jak Austriacy, opanowani jak Anglicy, posłuszni jak Niemcy, zamaszyści jak Rosjanie, zabawni jak Czesi, wybrani jak Żydzi, sumienni jak Japończycy, kwieciści jak Hiszpanie ani równie przebojowi co Amerykanie. Nasze kobiety są jednak zmysłowe i intrygujące, a mężczyźni dobrymi poetami i dzielnymi żołnierzami, którzy umieją stanąć w ich obronie - nawet gdy nie zawsze potrafią utrzymać się na nogach. Mamy może za dużo sprytu i przyziemnego zdrowego rozsądku, ale zdarzają nam się również gesty szlachetne i zupełnie bezinteresowne.

Jedynym, co potwornie drażni mnie w Polakach, jest nasza narodowa i nieuleczalna skłonność do masochizmu. Nie tylko uwielbiamy rozdrapywać stare rany oraz wywlekamy i roztrząsamy w nieskończoność każde niepowodzenie. Naszym narodowym sportem jest narzekanie: potrafimy bezbłędnie znaleźć ponure strony nawet takiej sytuacji, którą każda inna nacja uznałaby za swój życiowy sukces i rzuciłaby się do świętowania. Zgodnie z tą formułą np. o Noblu przyznanemu Szymborskiej mówiło się w kraju głównie jako o nagrodzie, której NIE otrzymał zasłużony Herbert. Prawdziwy Sarmata pierwsze, co robi z darowanym koniem, to prowadzi go do dentysty. Gdyby któregoś dnia Wisła zamieniła się w strumień płynnego złota, natychmiast wszyscy zaczęliby biadolić, że już nie można w niej łowić ryb.

W ciągu ostatnich piętnastu lat zmieniliśmy ustrój z totalitarnego na demokratyczny, pozbyliśmy się cenzury i nie mamy więźniów sumienia. Należymy do najsilniejszego sojuszu wojskowego na świecie oraz jesteśmy pełnoprawnymi obywatelami zjednoczonej Europy. Średnia pensja w Polsce wzrosła z 20 do 700 dolarów, z rozpadającego się złomu, udającego samochody, przesiedliśmy się do klimatyzowanych pojazdów, na każdym rogu czekają z otwartymi drzwiami supermarkety, dłubiące w nosach społemowskie ekspedientki zostały zastąpione przez długonogie hostessy, telefony stały się coraz mniejsze, a telewizory coraz większe. Nota bene, młodszemu pokoleniu chiałem przypomnieć, że całkiem niedawno na telefon czekało się w kolejce przez wiele lat, chyba że miało się w rodzinie jakiegoś partyjnego notabla. Tymczasem, zgodnie z badaniami CBOS-u, ponad połowa Polaków ocenia sytuację w kraju, jako fatalną i ponadto uważa, że wszystko zmierza ku gorszemu! Na zadane kiedyś zupełnie absurdalne pytanie

GDYBY MIAŁ(A) PAN(I) DO WYBORU: POWRÓT DO ŻYCIA W SOCJALIZMIE, TAK JAK W OSTATNICH DZIESIĘCIU-DWUDZIESTU LATACH POLSKI LUDOWEJ, CZY ŻYCIE W POLSCE DZISIEJSZEJ, CO BY PAN(I) WYBRAŁ(A)?

aż jedna trzecia badanych odpowiedziała, że wolałaby powrót do PRL-u, a tylko co czwarty dorosły Polak nie miał wątpliwości co do tego, że wolałby żyć tu i teraz.

20 sekund

sztukmistrz

Czas nie istnieje. Za każdym razem, gdy próbuję uchwycić jego istotę, zostaję z pustymi rękami - jak głupiec oszukany na targu. Czas to urojenie. Wieczność przekracza naszą wyobraźnię. A może cały wszechświat to tylko bańka mydlana, puszczona przez jakiegoś dzieciaka, którego w przypływie bałwochwalstwa nazwaliśmy Bogiem?

Posiadamy tysiące różnych urządzeń, które mają ustalać czas. W rzeczywistości żmudnie pokazują jedynie rytm własnego istnienia. Czas nie składa się z ziarenek piasku, szepczących w klepsydrze. Zegar, który śpieszy, nie przestaje odliczać sekund. Czas nie ma materialnej konsystencji i pozostaje jedyną rzeczą, której nikt nie może nam odebrać!


Salvador Dalí. The Persistence of Memory. 1931.

Każdy z nas wie z autopsji, jak bardzo subiektywne jest poczucie czasu. Godzina spędzona na fotelu dentystycznym ciągnie się w nieskończoność, a noc jest tylko chwilą dla spragnionych kochanków. W jednym z psychologicznych eksperymentów badanych zahipnotyzowano i polecono im wykonać czasochłonne czynności. Zapewniono ich jednak, że nie muszą się śpieszyć:

"Dam ci więcej czasu, niż potrzebujesz do wykonania zadania. Dam ci 20 sekund czasu zegarowego. Ale w twoim specjalnym czasie będą one trwały dotąd, aż skończysz zadanie. To może być minuta, dzień, tydzień, miesiąc, a nawet lata. Ty zaś weźmiesz tyle czasu, ile będziesz potrzebował."

Rezultaty tego doświadczenia były zdumiewające: jego uczestnicy potrafili w ciągu tych dwudziestu sekund wykonać zadania, na które w normalnych okolicznościach potrzebowaliby co najmniej godziny! A może czas jest elastyczny, jak guma do żucia i możemy go we wszystkich kierunkach rozciągać?

ten pierwszy raz

sztukmistrz

Sz. większość swojego życia strawił na pogoni za kobietami. Pewnie można by dokonać interpretacji tej beznadziejnej gonitwy, na modłę psychoanalityczną, za którą kryją całe pokłady zmurszałych niemożności. Zawsze czerpał życie zbyt zachłannie, z głuchą desperacją, próbując wycisnąć do ostatniej kropli każdą soczystą chwilę, jakby miała być właśnie tą jego ostatnią. Przez osiemnaście lat nagromadziło się ich sporo: miał na swoim koncie kilkanaście poważnych związków, drugie tyle przelotnych romansów oraz niezliczoną ilość szybkich, opartych wyłącznie na seksie epizodów. Galeria kobiecych postaci, których twarzy często już nie pamiętał, czasem zachowały się tylko detale, jakiś kosmyk rudych włosów, odsłonięte opalone uda, sam koniuszek języka lubieżnie zwilżający wargi, wyzywające spojrzenie albo obiecujący uśmiech, którego właścicielki nie potrafił odnaleźć.

Sz., będąc osobnikiem chorobliwie nieśmiałym, długo nie miał bliższych kontaktów z płcią przeciwną. Dziewictwo stracił dosyć późno, bo dopiero pod koniec szkoły średniej. Był wtedy płochliwym, wiotkim młodzieńcem, pełnym kompleksów oraz święcie przekonanym, że kiedyś cały świat,  oniemiały z zachwytu, będzie leżał u jego stóp. W wieku siedemnastu lat Sz. spotkał swoją pierwszą miłość - kruchą i delikatną, niczym oszronione płatki róży. Przedmiotem jego gorących, na szczęście odwzajemnionych uczuć stała się koleżanka z klasy, uduchowiona brunetka, w typie makowej panienki, o równie lirycznej naturze. To połączenie dusz wrażliwych i szlachetnych zaowocowało związkiem romantycznym, pełnym poetyckich uniesień, zasuszonych kwiatów, słodkawych wyznań i długich spacerów pośród gwiazd. Jednak ciekawość podsycana hormonami wkrótce ściągnęła ich na ziemię, prowadząc do wyraźnego ucieleśnienia namiętności. Pierwsze niezgrabne pocałunki, dłoń zuchwale wsunięta pod bluzkę, boleśnie podniecające odkrywanie własnej fizyczności. Wreszcie, po wielu miesiącach męczącej macanki, doszło miedzy nimi do pośpiesznego, wstydliwego zbliżenia. Trzeba przyznać, że obydwoje później zdołali całkiem zręcznie zamaskować swoje rozczarowanie. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że w dorosłym życiu jeszcze nieraz im przyjdzie udawać.

kochanie, jak się masz

sztukmistrz

- Co słychać, Kochanie?
- Tak sobie!
- To znaczy?
- Czuję się, jak las bez drzew, emeryt bez emerytury, gospodyni domowa bez domu, dziura bez sera, skazaniec bez winy, jeździec bez głowy, bez pański pies, stosunek przerywany bez stosunku, blondynka bez makijażu, spadochroniarz bez spadochronu, piekarz bez mąki, piwo bez alkoholowe, anorektyczka bez wagi, randka bez seksu, śniadanie bez kawy, polityk bez kłamstwa, basen bez wody, telefon bez przewodowy, szampan bez bąbelków, klawiatura bez liter, list w butelce bez butelki, bankier bez procentów, dewotka bez kościoła, dziewica bez majtek i signifiant bez signifie.
- Och, współczuję!
- Nie przesadzaj, to znaczy, że czuję się po prostu normalnie.

UWAGA: Wszelkie podobieństwo uczestników powyższego dialogu do osób istniejących w rzeczywistości jest niezamierzone i przypadkowe.

jak zrobić laskę

sztukmistrz

Ponieważ wielu Internautów zagląda tutaj, wpisując w Google pytanie "jak zrobić laskę?", czuję się poniekąd moralnie zobowiązany udzielić im odpowiedzi. Tym bardziej, że wbrew pozorom, zrobienie dobrej laski wcale nie jest takie proste. Należy też wyjaśnić, że laskę może zrobić każdy dorosły człowiek, bez względu na płeć, stan cywilny czy majątkowy. Uważa się nawet, że lepsi są w tym mężczyźni, niż kobiety, ale wolałbym unikać takich seksistowskich uogólnień.

Ważna sprawa: obiekt do laski musi być twardy i sztywny. Najlepiej sprawdzić to najpierw rękami, zanim zabierzemy się do dzieła. Ale nie szarpcie nim, tylko ostrożnie poruszajcie. Nie dajcie się nikomu namówić, jeśli jest miękki i sflaczały - za dużo z nim potem zachodu. Kiedy traficie na właściwy, najpierw należy ściągnąć z niego skórkę, można zrobić to delikatnie za pomocą dłoni. Potem powinno się go dobrze wygładzić, posuwistymi i łagodnymi ruchami rąk. Warto w niego wetrzeć trochę oliwy. Teraz nachodzi najtrudniejszy moment całej operacji: całą uwagę musimy skupić na główce. To etap wymagający niezwykłej staranności i wyczucia. Kiedy główka jest już obrobiona, osadzamy ją na końcu kija, elegancko lakierujemy i własnoręcznie wykonana drewniana laska jest gotowa. Taki  gustowny i funkcjonalny prezent możecie np. podarować swojemu mężowi na urodziny.

szukam pracy

sztukmistrz

myślę jednak, że z takimi referencjami powinienem ją znaleźć bez najmniejszego problemu:

karma

sztukmistrz

Nie wierzę ślepo w przeznaczenie. Chociaż sam nie wiem, co jest bardziej przerażające. Fatalistyczne przeświadczenie, że nic nie zależy od nas, bezradnych żuczków, których los zapisano gdzieś u góry w gwiazdach, co nota bene rażąco narusza ustawę o ochronie danych osobowych? Czy założenie, że wszystko jest tylko kwestią czystego przypadku albo naszych beznadziejnych decyzji? Przypomina mi się porażający wywód Wolanda w parku na Patriarszych Prudach, zamieszczony w pierwszym rozdziale "Mistrza i Małgorzaty". Szatan, kóry właśnie przyjechał do Moskwy, wtrąca się do dyskusji dwóch marksistowskich pisarzy, święcie przekonanych, że Bóg nie istnieje:

- Ale niepokoi mnie następujące zagadnienie: skoro nie ma Boga, to kto kieruje życiem człowieka i w ogóle wszystkim, co się dzieje na świecie?
- O tym wszystkim decyduje człowiek - Berlioz pośpieszył z gniewną odpowiedzią na to, trzeba przyznać, niezupełnie jasne pytanie.
- Przepraszam - łagodnie powiedział nieznajomy - po to, żeby czymś kierować, trzeba bądź co bądź mieć dokładny plan, obejmujący jakiś możliwie przyzwoity czas. Pozwoli więc pan, że go zapytam, jak człowiek może czymkolwiek kierować, skoro pozbawiony jest nie tylko możliwości planowania na choćby śmiesznie krótki czas, no, powiedzmy, na tysiąc lat, ale nie może ponadto ręczyć za to, co się z nim samym stanie następnego dnia?

Zaraz potem Woland wyjawi zadufanemu Berliozowi, że Annuszka rozlała już olej słonecznikowy.

Z dwojga złego wolę więc już chyba nieubłagane przeznaczenie, niż własnoręczne powożenie wywrotnym rydwanem swego losu. Ponadto, ostatnio obserwuję cały szereg szczęśliwych wydarzeń, świadczących wręcz o faworyzowaniu przez Niebiosa mojej skromnej osoby. Na uczelni bez kolejki dostałem się do sekretariatu! Znalazłem miejsce do parkowania pod Media Marktem! Zepsuł mi się telewizor, dzięki czemu nie muszę oglądać żenującego serialu Talków. Jechałem na rowerze przez miasto i nikt mnie nie napadł, nie zgwałcił ani nie przejechał, chociaż pan w czarnej skodzie bardzo się starał. Bazylia w doniczce, moja najbliższa przyjaciółka, wygląda po prostu kwitnąco. Kasjerka w Tesco nie pomyliła się na moją niekorzyść. Nie ::dostałem mandatu::. Nie utonąłem podczas desperackiej próby przepłynięcia zalewu nad Kryspinowem - może dlatego, że nie wchodziłem w ogóle do wody. Nie przedawkowałem, nie zapiłem ani nawet jakimś cudem nie użależniłem się od żadnej nowej substancji. Znalazłem skuteczne lekarstwo na dręczącą mnie bezsenność: wystarczy chwilę poczytać przed snem "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej. Robotnicy, którzy od miesiąca kompletnie rujnują moje życie ("uwiniemy się ze wszystkim w góra dwa dni, szefie"), wyszli na chwilę do samochodu po klej i Bogu dzięki nie wracają już dobry tydzień (trzech nieogolonych mężczyzn w wieku nieokreślonym, znaki szczególne: przepocone koszulki i zapaćkane zaprawą spodnie, ktokolwiek ich widział, proszony o kontakt).

Oczywiście, jestem trzeźwym realistą i zdaję sobie sprawę, że to zielone światło z góry nie może świecić wiecznie. Dlatego postanowiłem maksymalnie wykorzystać szczęśliwą karmę i po raz pierwszy w życiu zagrać w totolotka. Jutro odbędzie się losowanie następujących numerów: 8, 11, 15, 19, 27, 31, 36. Prywatnie powiem Wam, że miło jest być bogatym człowiekiem - nawet tylko przez chwilę.

PS. Jestem pewien, że nie nadużyjecie mojego zaufania i nie rzucicie się masowo do kolektur, ale na wszelki wypadek podałem oczywiście liczby wzięte z sufitu ;>

::poltenakwol::

człowiek z zasadami

sztukmistrz

Rzadko piszę na temat polityki, bo szkoda mi na to atramentu. Już wolę pójść do zoo. Wczoraj jednak dowiedziałem się, kto wygra wyścig do fotela prezydenckiego! Pamiętacie Wodza White Halfoata z "Paragrafu 22"? Tego, który narzekał na ::uprzedzenia rasowe::? Jego plemię posiadało wrodzony dar odnajdywania złóż ropy naftowej, co zamieniło ich życie w prawdziwy koszmar.

"Gdziekolwiek rozbiliśmy namiot, natychmiast zaczynano wiercenia. Jak tylko zaczynano wiercić, znajdowano ropę. A jak tylko znaleziono ropę, kazano nam zwijać namiot i wynosić się gdzie indziej. Byliśmy żywymi różdżkami. Przyjście na świat każdego nowego White Halfoata wywoływało zwyżkę na giełdzie."

Mój dobry kolega Kotek, który jest mechanikiem samochodowym, ma podobny dar: potrafi przewidywać wyniki wyborów. Trudno to zresztą nazwać przewidywaniem: on po prostu wie, kto wygra. Nie potrafię dokładnie wyjaśnić funkcjonowania tego fenomenu, ale chyba opiera się to na jakiejś cudownie rozwiniętej empatii. Potrafiąc dostroić się do sposobu myślenia i uczuć przeciętnego wyborcy, otrzymuje idealną wypadkową społecznych preferencji politycznych.

Kotek generalnie jest niezwykle interesującym człowiekiem.  Z najwyższym trudem skończył zawodówkę, chociaż posiada iloraz inteligencji, jakiego nie powstydziłby się żaden fizyk kwantowy. W życiu nie przeczytał żadnej książki, z czego jest bardzo dumny, ale w kilka tygodni nauczył się grać w scrabble na poziomie czołówki Polski. Gdyby poświęcił się dowolnej dyscyplinie naukowej, prędzej czy później musiałby dostać nagrodę Nobla. On jednak woli dłubać w samochodach w warsztacie, w którym zimą temperatura często spada poniżej zera. Czasem myślę, że jest reinkarnacją Diogenesa z Synopy, greckiego filozofa mieszkającego w beczce, który na pytanie króla, jakie ma życzenia, odparł:
- Panie, odsłoń mi słońce!

Gdyby niezwykłe zdolności Kotka dostały się do wiadomości publicznej, właściwie nie byłoby potrzeby ani sensu organizowania żadnych wyborów w naszym kraju. Wystarczyłoby zapytać go i Państwowa Komisja Wyborcza mogłaby od razu ogłosić wyniki. Cała kosztowna i czasochłonna procedura ściągania obywateli do urn zostałaby wyeliminowana, z pożytkiem dla demokracji i budżetu. Tylko broń Boże nie mylcie Kotka z sondażem opinii publicznej. Nawet najlepszy sondaż opiera się tylko na grupie, mniej lub bardziej reprezentatywnych respondentów. Zaś Kotek jest sumieniem całego narodu, od Bałtyku do Tatr, od bezrobotnych z Suwałk, przez nowobogacką Warszawkę, aż po mniejszość niemiecką na Śląsku.

Oczywiście, malkontenci będą powtarzać, że otwarłoby się tutaj olbrzymie pole do nadużyć. Kotek ze swojego warsztatu mógłby jednym skinieniem brudnego od smaru palca obalać i powoływać rządy. Pozornie sprawiałoby to wrażenie dyktatury, ale w rzeczywistości Kotek byłby tylko biernym wyrazicielem głosu ludu, transparentnym połączeniem medium i radioodbiornika.

Wczoraj natknąłem się na niego na Karmelickiej i natychmiast skorzystałem z nadarzającej się okazji:
- Na kogo będziesz głosować? - zapytałem dyplomatycznie.
- Na tego, co wszyscy - odparł bez najmniejszego wahania.

feng-shui w sypialni

sztukmistrz

Wczoraj wieczorem, podczas próby przełączenia kanału w telewizorze, padły z wyczerpania bateryjki w pilocie. Niby wiedziałem, że ten moment nieuchronnie kiedyś nastąpi, co innego jednak mgliste przeczucia, a co innego doświadczyć tego na własnej skórze. Człowiek staje się zupełnie bezradny i malutki w obliczu wielkich tragedii. Bateryjki przychodzą i bateryjki odchodzą, jeszcze zanim zdążymy się do nich dobrze przyzwyczaić.

Długo i uporczywie naciskałem guziczki, w złudnej nadziei wskrzeszenia śmiertelnie wyczerpanego urządzenia. Potem rzuciłem się na poszukiwanie części zamiennych. Moje mieszkanie okazało się prawdziwą kopalnią paluszków. Obfite złoża baterii kolorowych zalegały na dnie prawie każdej otwieranej szuflady. Spokojnie moglibyśmy uczynić z nich, obok węgla i miedzi, nasze narodowe bogactwo: moje zagłębie R-6 zapewniłoby nam czołowe miejsce w wydobyciu paluszków na świecie.

Rzecz jasna, Ś.P. Pilot potrzebował tych szczuplejszych akumulatorków, tzw. mini, które akurat nie występowały na obszarze mojego domu. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, po jaką cholerę produkuje się tyle różnych ich odmian? Byłem bezradny, jak pierwsi chrześcijanie na arenie rzymskiego cyrku. Nieoczekiwany kryzys energetyczny zmusił mnie, wbrew wszelkim zaleceniom feng-shui, do przespania nocy przy włączonym telewizorze.

timszel

sztukmistrz

Pan Bóg cały świat machnął w zaledwie sześć dni. Na sam koniec został mu do wykonania człowiek. Stwórca musiał być okropnie zmęczony, nad głową wisiał mu termin oddania robót, myślami był już pewnie przy niedzielnym grilu - nic dziwnego, że człowiek wyszedł mu nieszczególnie. Początkowo próbował mu to jakoś zrekompensować i umiescił pierwszą parę ludzi w komfortowym terrarium. Kiedy jednak złośliwe ssaki pożarły mu centralną dekorację, Wszechmogący z ulgą wypędził je precz, żeby nie musieć ich codziennie oglądać.

Te traumatyczne przeżycia z okresu wczesnego dzieciństwa gatunku oraz fakt, że wszyscy pochodzimy od jednego praojca i pramatki, tłumaczą trochę nasze ponure skłonności autodestrukcyjne. Już potomstwo Adama i Ewy zaczęło się mordować nawzajem. Tu zresztą Genezis jakby nieco plącze się, bo zupełnie nie wiadomo, skąd Kain i Abel wzięli materiał na swoje żony, skoro w tym czasie w całym Wszechświecie żyło dokładnie czterech przedstawicieli homo sapiens.

To, że Kain za jednym zamachem zlikwidował jedną czwartą ludzkości, nie usprawiedliwa oczywiście ani późniejszego Holocaustu ani nawet Nocy Świętego Bartłomieja, kiedy to bogobojni Francuzi wyrżnęli 6000 bogu ducha winnych gości weselnych. Fascynująca jest natomiast interpretacja tej tragicznej historii. Zanim jeszcze doszło do pierwszego na świecie morderstwa, Pan Bóg wyraźnie ostrzega sprawcę, że:

«grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować»

No właśnie. Osobiście sprawdziłem, że w zależności od tłumaczenia, Bóg mówi do Kaina: "powinieneś panować na grzechem", "musisz panować nad grzechem", "nie pozwól mu nad sobą panować", a czasem nawet wprost obiecuje, że "będziesz panował nad grzechem"! Dostrzegacie fundamentalną różnicę? Różnicę, która niejako stanowi o kondycji rodzaju ludzkiego i jego pozycji wobec zła?

W tej sytuacji należało sięgnąć do źródeł. Nie, nie nauczyłem się w tym celu hebrajskiego. Ale w książce Steinbecka "Na wschód od Edenu" ten język specjalnie studiowali chińscy mędrcy, aby stwierdzić, że w oryginale znajduje się słowo timszel, które po hebrajsku oznacza... MOŻESZ! Czyli Stwórca jednoznacznie obiecał Kainowi:

«grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty MOŻESZ nad nim panować»

Nie wiem, czy podzielacie mój entuzjazm, jednak napawa mnie głęboką otuchą świadomość, że pozostawiono nam przynajmniej prawo wolnego wyboru. 

w moim raju

sztukmistrz

W moim raju dzień rozpoczyna się po godzinie jedenastej, każdy posiada bezpłatny dostęp do Internetu i nie ma problemów z miejscem do parkowania. Czekolada jest wyśmienitym środkiem na odchudzanie, a ubrania wychodzą z pralki suche oraz nienagannie wyprasowane.

W moim raju wyniki badań lekarskich zawsze są wspaniałe i nawet bezdomni mają swoje domy. Nie spotyka się tutaj żadnych urzędników ani polityków: ich piekło znajduje się gdzieś głęboko pod ziemią.

W moim raju nie zabija się zwierząt, dzieci w ogóle nie umieją płakać, a ze słownika zniknęły wszystkie wyrazy na roz-; chociaż trochę szkoda mi rozmyślań i rozmarynu.

przerwa wakacyjna do 22 sierpnia

sztukmistrz



Tahiti, Hawaje albo jakaś inna egzotyczna wyspa, której mieszkańcy pełnią wyłącznie rolę dekoracji. Przy bambusowym stoliku siedzi trzech mężczyzn w szortach od armaniego. Piją wielobarwne, udekorowane owocami drinki. Obok nich tańczą ciemnoskóre tancerki hula-hula, ubrane tylko w biodrowe przepaski z liści ananasa. Wokół palmy, dużo pocztówkowych palm. Słońce zajmuje się intensywnie świeceniem. W tle widać piaszczystą, żółtą plażę i lazurowe morze. W wodzie skaczą wesoło trzy delfiny. Morze na wszelki wypadek się nie rusza.

Trzej mężczyźni rozmawiają o interesach:
Steve: Musimy zrobić coś z tą Polską, panowie.
Alen: Daj spokój, przyjechaliśmy tutaj porozmawiać o interesach.
Greg: Polską? Mamy jakąś Polską? Nie jestem upoważniony do rozmów o podziale nowych terytoriów.
Steve: Uspokój się, Greg. Jesteśmy tam już od kilku lat. I kosimy kupę szmalu.
Alen: To chyba dobrze, nie?
Steve: Problem w tym, że mają najdroższe koszty połączeń na świecie.
Greg: To chyba dobrze, nie?
Alen: Mają za to w chuj reklam, Steve. Puszczamy im przecież mnóstwo reklam.
Greg: Coś za coś, Steve.

Milkną. Dwaj mężczyźni z zainteresowaniem przyglądają się falującym piersiom tancerek hula-hula. Trzeci jest gejem i patrzy tylko na delfiny.

Steve: Zróbmy im chociaż sekundowe naliczanie rozmów.
Greg: Przecież wiesz, że nie możemy – dramatyczna pauza – Ze względów technicznych.

Wszyscy wybuchają śmiechem. Śmieją się też tancerki hula-hula. Wesoło szeleszczą palmy. Pękają ze śmiechu delfiny. Nawet morze zaczyna falować radośnie.

Steve: Ale oni wiele przecierpieli. Mają nawet swojego papieża!
Alen: Tego papieża?
Greg: Co ci tak, kurwa, na nich zależy, Steve?

Kolejna dramatyczna pauza. Tancerki hula-hula podchodzą coraz bliżej.

Steve: Moja babiczka pochodzi z Chrzanowa.
Tancerki: Z Chrzanowa? Z Polski?
Alen: Trzeba było tak od razu. Po co w to było mieszać papieża?
Greg: No dobra, damy im to sekundowe naliczanie.
Alen: Ale dopiero po trzeciej minucie rozmowy.
Steve: Jasne. I każemy im płacić podwójny abonament.
Greg: A potem będziemy udawać konkurencję.
Alen: Brzmi rozsądnie. Lubię z wami załatwiać interesy.

Mężczyźni zamawiają tyskie. Dwaj z nich zaczynają ssać sutki piersi tancerek hula-hula. Trzeci patrzy na lazurowe morze. Podpływa rekin i zjada resztki pękniętych delfinów.

housewitz, czyli oburzająca prowokacja?

sztukmistrz

Tutaj był link do kontrowersyjnego filmiku ::HOUSEWITZ::, który jednak został zdjęty z Internetu przez cenzurę. Nie wiem, jakie intencje przyświecały autorowi tego, przyznaję dosyć makabrycznego, kolażu. Nie wierzę jednak, żeby miał to być wyłącznie niesmaczny dowcip, chociaż być może świadczy to tylko o mojej wyjątkowej naiwności.

Jedno nie ulega wątpliwości: bulwersująca animacja wywołała prawdziwą burzę i sprawiła, że setki tysięcy młodych ludzi zobaczyło na własne oczy, czym był Holocaust! Wstrząsające zdjęcia, których użył autor, pozostają jeszcze bardziej wstrząsające w zestawieniu z "niesmaczną" oprawą. Moim zdaniem, najważniejszym celem sztuki jest dotarcie do odbiorcy i poruszenie go. Mnie osobiście ten film poruszył i zmusił do refleksji! dlatego właśnie pozwoliłem go sobie Państwu polecić, za co serdecznie przepraszam, posypując obficie głowę popiołem ;>

fatalne zauroczenie

sztukmistrz

Prawdziwy mężczyzna winien podobno zmajstrować w swoim życiu tylko 3 rzeczy: syna, dom i drzewo. Nie wiem, nie sprawdzałem. Jestem za to absolutnie pewien, że bezwzględnie nie wolno mu zrobić jednego: prawdziwy mężczyzna w żadnym wypadku nie ma prawa okazać się impotentem. Gorszy od impotenta może być tylko impotent, który mówi kobiecie, że ::jest gruba:: - na szczęście taka zwyrodniała kombinacja genów trafia się niezwykle rzadko.

Kobieta jest tutaj w dużo bardziej komfortowej sytuacji. Gdy nie ma ochoty na seks, zawsze może powiedzieć, że boli ją głowa, ma niespodziewany okres albo po prostu zażądać w zamian nowego futra z norek. On nie ma żadnego usprawiedliwienia. Zadaniem mężczyny jest stać na straży w gotowości bojowej, kiedy tylko jej przyjdzie chętka łaskawie rozchylić nogi.

Szczególnie bolesna i upokarzająca jest męska niedyspozycja, gdy po raz pierwszy dochodzi do zbliżenia! On wcześniej przez cały wieczór pręży się i puszy, próbując przy okazji olśnić ją błyskotliwą rozmową. Przy stoliku wschłuchuje się w jej słowa, pozując na wrażliwego inteligenta w stylu Woody Allena, a w drodze do toalety gra Rambo, wciągając brzuch i napinając muskuły. Wreszcie nadchodzi wyczekiwany przez oboje kulminacyjny punkt spotkania. Rachunek zapłacony, zamówiona taksówka wiezie ich do domu, zostaje przekroczony próg mieszkania i nagle - w decydującym momecie - on staje się oklapły i sflaczały, jak przekłuty szpilką balonik.

Nie ma bardziej niezręcznej sytuacji, szczególnie kiedy leżą potem obok siebie, prowadząc dialog wytarty i nieszczery, jak uśmiech posła Macierewicza (dla osób niepełnoletnich podaję w nawiasach prawdziwe znaczenie ich wypowiedzi):

ONA: Nie przejmuj się, Kochanie, każdemu się może zdarzyć (ale jakoś innym, Bogu dzięki, nie zdarza się wcale).
ON: milczy urażony.
ONA: Daj spokój, no przecież nic się nie stało (no właśnie, NIC, zupełnie NIC, żałosna ciemięgo).
ON: milczy urażony.
ONA: Może po prostu za dużo wypiłeś (swoją drogą, zupełnie idiotyczne usprawiedliwienie).
ON (zduszonym głosem): Nigdy wcześniej czegoś takiego nie miałem (widzisz, ja też umiem kłamać).
ONA: Następnym razem na pewno będzie lepiej (pod warunkiem, że sobie znajdziesz do tego jakąś inną naiwną gęś, złamasie)
ON: milczy urażony.

Bolesny tragizm całej sytuacji dodatkowo jest pogłębiany przez fakt, że - z przyczyn oczywistych - męska kompromitacja prawie zawsze rozgrywa się w obecności naocznego świadka. Świadka, dodajmy, niezwykle uważnego, który nie może się doczekać, żeby w sekrecie opowiedzieć szczegółowo całą historię kilku tysiącom swoich koleżanek. Świadka skłonnego minimalizować pewne rzeczy, akurat na waszą niekorzyść. Dlatego można powiedzieć, że kiedy ostatni raz okazałem się impotentem, miałem sporo szczęścia, albowiem nie było przy tym zupełnie nikogo.

Oglądałem wtedy "Fatalne zauroczenie". Jest tam dosyć nieźle sprokurowana scena erotyczna, kiedy Kirk Douglas i Glenn Close dosłownie rzucają się na siebie po wejściu do jego mieszkania. Normalnie w takiej sytuacji porządnie mnie ruszało. Tymczasem nic, ani drgnęło. Skupiłem się - wciąż bez rezulaltów. Mocno się przestraszyłem. Oto właśnie materializował się jeden z moich dyżurnych lęków, obok wojny jądrowej, śmiertelnej epidemii, wielkiego głodu oraz rządów Samoobrony. Lata intensywnej praktyki jogi, dwa razy w tygodniu basen, dieta, zdrowy tryb życia - wszystko na nic ;( Jaki może być pożytek z roweru wyścigowego z przebitymi obiema oponami?

Śpieszę uspokoić wszystkie moje Wierne Czytelniczki. Czarne przeczucia tym razem się nie sprawdziły. Metodą empiryczną udało mi się zlokalizować przyczynę okresowej niemocy. Okazała się czysto zewnętrzna i niezależna ode mnie. Wszystkiemu winna była oczywiście Ona, czyli Glenn Close. Po prostu kompletnie mnie nie bierze. Może za bardzo przypomina moją matkę? W każdym razie bardziej od niej podnieca mnie nawet strach na wróble, pod warunkiem, że jest przynajmniej w damskim kapeluszu.

feminizm outdoorowy, czyli kazia szczuka saute

sztukmistrz

Wychodzi na to, że świadomość feministyczna na rynku pracy czyni z ciebie osobę nieprzystosowaną, bo nie możesz majtać piersiami przed szefem albo wystawiać szkity przez rozcięcie w spódnicy albo zgoła laski metaforycznie lub dosłownie zrobić komu trzeba i udawać, że to jest pyszne.

Dziewczyny to świeże mięso, czy raczej brojlery w celofanie i pieczątką na tyłku.

W tej Italii są najgorsze luje i trzeba ciągle brać w paszczę po prostu.



słowniczek:

wystawiać szkity: pokazywać nogi
zrobić laskę: popularna odmiana seksu oralnego, w której wszystko spoczywa w ustach kobiety
brojlery: drób szybko tuczony na rzeź, nie mylić z bojlery
najgorsze luje: osoby spoza elity społecznej
brać w paszczę: por. zrobić laskę

Wszystkie cytaty zostały wyrwane z tego ::kontekstu::

sezon ogórkowy

sztukmistrz

Piątkowa "Gazeta" przynosi ::rewelacje::, które wywróciły cały mój fitness-światopogląd do góry nogami. Amerykańscy naukowcy udowodnili, że najlepszym sposobem na odchudzanie jest obżarstwo, a w szczególności objadanie się wieczorami! Szczury głodzone w dzień, którym potem urządzano późną porą uczty, były znacznie zdrowsze oraz szczuplejsze od swoich pobratymców.

- Ta dieta spowodowała też obniżenie ciśnienia krwi oraz oczyściła żyły - mówi doktor Mattson - Duża kolacja poprawiła szczurom kondycję i wydłużyła życie.

Faktem jest, że dietetycy głoszą różne, często sprzeczne poglądy, a każdy z nich ma odmienną koncepcję zdrowego odżywiania. Gdyby podobna sytuacja panowała na gruncie innych dyscyplin naukowych, uczeni wciąż jeszcze spieraliby się, czy Ziemia nie jest płaska i podtrzymywana przez dwa olbrzymie żółwie. Jednak założenie, że należy jeść mało i regularnie, a po godzinie 18 w ogóle, stanowiło niepodważalny dotąd kanon współczesnej medycyny. To była mantra, jaką zgodnym chórem panowie doktorzy powtarzali zarówno publicznie, jak i podczas swoich tajnych, szczodrze finansowanych przez fimy farmaceutyczne zgromadzeń.

I nagle okazało się, że lata moich bolesnych wyrzeczeń nie tylko poszły na marne, ale były wręcz kolejnym przejawem skłonności do autodestrukcji. Wszystkie te ciągnące się w nieskończoność wieczory, kiedy lodówka przypominała gigantyczny elektromagnes, a ja byłem jedynie marnym opiłkiem żelaza. Poczułem się jak zakonnica, która na Sądzie Ostatecznym dowiaduje się, że w rzeczywistości pracowała w burdelu. Co jeszcze odkryją panowie w białych fartuchach? Prezerwatywy ułatwiają zarażenie AIDS i zwiększają szansę zapłodnienia? Jabłka powodują stwardnienie rozsiane, a pasta do zębów próchnicę? Papierosy chronią nas przed rakiem? Im większa prędkość samochodu, tym krótsza droga hamowania? Jezus Chrystus był okrutnym handlarzem niewolników? Dlatego poważnie zastanówcie się, zanim autorytatywnie zabronicie czegokolwiek własnym dzieciom: jak potem spojrzycie im w oczy, jeśli za 20 lat okaże się, że alkohol i narkotyki przedłużają życie?

© Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci