Menu

Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje!

uwaga: na tym blogu stosuje się ironię, wyciąganie zbyt daleko idących wniosków przypomina wyciąganie dżdżownic z mokrej ziemi

cztery wesela i pogrzeb

sztukmistrz

Lubię myśleć o sobie, jako o człowieku szalenie atrakcyjnym towarzysko. Z jednej strony błyskotliwy ze mnie dowcipniś, charyzmatyczny gawędziarz i tzw. dusza towarzystwa. Oprócz tych rozrywkowych aspektów mojej osobowości, często personifikuję siebie w poważnej roli męża zaufania. Biedni ludzie przychodzą do mnie, aby poradzić się, jak przetrwać zimę. Bogacze konsultują się w kwestii doboru wina albo spinek do koszuli. Staruszki bez wahania powierzają oszczędności całego swojego życia.

Wszakże na tym pastelowym autoportrecie ostatnimi czasy pojawiły się pęknięcia i zacieki. Nieliczne niedobitki stanu wolnego wśród moich znajomych, ulegając owczemu pędowi, zaczęły nakładać na siebie małżeńskie kajdany. Pierwsze ostrzegawcze światełko zapaliło się, gdy nagle okazało się, że tak niezwykle popularna osoba nie została zaproszona na żadną z weselnych uroczystości!

Początkowo nie przejmowałem się tym zanadto, tłumacząc to różnymi obiektywnymi okolicznościami. Kiedy zdecydowała się pobrać para moich bliskich przyjaciół, dla których związku byłem kimś w rodzaju akuszera i anioła stróża, pozostawałem pełen dobrych myśli. Z ufnością patrzyłem w przyszłość, spodziewając się uroczystych zaprosin, a może nawet funkcji pierwszego drużby. Wszak towarzyszyłem im w chwilach dobrych i złych, pomagałem przetrwać kryzysy i wielokrotnie gasiłem domowe konflikty, niosąc gałązkę oliwną. Wspierałem ich duchowo oraz materialnie, wieczorami śpiewając im słodkie serenady, a rano budząc ich grzankami ze świeżo wyciśniętym sokiem pomarańczowym. A podczas wakacji ofiarnie opiekowałem się ich agresywnym psem i pieczołowicie podlewałem kwiatki.

A jednak - pomimo zbliżającej się daty ślubu - nie otrzymałem żadnego zaproszenia! Ogarnął mnie lekki niepokój. Początkowo łudziłem się, że może robią skromną imprezę, ograniczoną do kilku osób z najbliższej rodziny. Chociaż, Bóg mi świadkiem, trudno sobie wyobrazić kogoś bliższego ode mnie. Kilka dni temu wpadł mi jednak w ręce spis ich weselnych gości. Tym razem to nie było żadne ostrzegawcze światełko, to były prawdziwe sztuczne ognie. Zapowiadało się huczne weselisko! Na liście znaleźli się absolutnie wszyscy: zaprosili nawet portiera, który raz czy drugi otworzył im bramę, kiedy zapomnieli kluczy. Brakowało tylko mnie i jednego kolesia, który kiedyś publicznie wyraził opinię, że panna młoda jest brzydka, jak intencje posła Giertycha.

ser szwajcarski

sztukmistrz

Od wielu miesięcy planowałem zamontowanie w domu gustownych półek na książki. Kilka tandetnych regałów z Ikei, postawionych na tydzień trzy lata temu w przedpokoju, już dawno przestało wystarczać i inkunabuły rozpełzły się po całym mieszkaniu w poszukiwaniu przestrzeni życiowej. Byłem w tej sprawie kilkakrotnie w kastoramie, raz nawet jechałem z załadowanym koszykiem w kierunku kasy, ale w ostatniej chwili stchórzyłem i odłożyłem wszystko na miejsce. Problem w tym, że jestem niezwykłym antytalentem technicznym. Moja tzw. inteligencja operacyjna ma prawdopodobnie wartość ujemną i jest niższa od przeciętnej goryla: zdechłbym z głodu, gdybym musiał użyć jakiegoś kija w celu przyciągnięcia bananów. Całkowicie sparaliżowany i niewidomy staruszek jest przy mnie prawdziwą złotą rączką.

Nie umiem obsługiwać wiertarki i z trudem jedynie domyślam się, którą stroną należy jej używać. Nie wiem, co to jest udar, chyba że słoneczny, a subtelne różnice pomiędzy wiertłami są dla mnie czarną magią. Wymiana żarówki w łazience skończyła się kiedyś haniebnym upadkiem całej lampy (starannie odkręciłem wszystkie śruby, za pomocą których była przymocowana do sufitu). Drzwi, które ośmieliłem się własnoręcznie pomalować bejcą, natychmiast przestały działać i przypominają opakowanie po mleku łaciatym. Kiedyś samodzielnie chciałem dopompować koło w samochodzie, ale założyłem na wentyl końcówkę kompresora z wodą - wierzcie mi, nie było to łatwe i w żaden sposób nie dało się tego odwrócić bez pomocy krztuszącej się ze śmiechu obsługi. Od tamtej pory staram się nawet nie przejeżdżać w okolicy feralnej stacji benzynowej.

Trudno się dziwić, że instynktownie unikałem próby przymocowania kilku desek do ściany. Odwlekałem to przez parę miesięcy, jednak kolekcja „Gazety Wyborczej” przyparła mnie w końcu do muru. Przez kolejne pół roku powoli kompletowałem wszystkie niezbędne produkty, zadręczając personel sklepów milionami idiotycznych pytań oraz dokładnie przemyśliwując każde posunięcie. Nauczony smutnym doświadczeniem, opracowałem drobiazgowy plan całej operacji, uwzględniający nawet najbardziej niekorzystne warianty rozwoju wydarzeń. Kupiłem poziomicę i specjalny ołówek, aby precyzyjnie określić miejsca, w których należy uczynić otwory na kołki.

Konstrukcja miała być prosta i funkcjonalna. Z pierwszym wspornikiem poszło mi wspaniale i powoli zacząłem świętować wielki sukces. Niestety, każda półka wymaga co najmniej dwóch wsporników, najlepiej umieszczonych na podobnej wysokości. Kolejny metalowy kątownik zachowywał się niezgodnie z prawami fizyki euklidesowej. Krnąbrne bydle w żaden sposób nie było w stanie utrzymać pionu, jak murarz wieczorem po wypłacie. Długo nie mogłem zrozumieć, jak do tego doszło - wszak wymierzyłem wszystko i sprawdziłem przynajmniej 17 tysięcy razy.

Dopiero wnikliwe śledztwo wykazało, że nieszczęsne wsporniki - wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi - różnią się między sobą: rozstawem dziurek. A raczej ten element, którego akurat użyłem do wyznaczenia otworów w ścianie, jest zupełnie wyjątkowy i rożni się od swoich pozostałych kolegów. Każdy inny ma górną dziurkę po lewej, a jemu akurat trafiła się taka po prawej. Poczułem się, jakbym zwyciężył w programie „Wszystko o Miriam”. Szansa na to, że nie tylko zakupię taki unikat, ale właśnie jemu wyznaczę kluczową rolę pierwowzoru, była doprawdy niewielka. W ten sposób zostałem ze ścianą niczym ser szwajcarki, podziurawioną kołkami, których rozstawienie pasuje tylko do jednego, niepowtarzalnego wspornika na świecie.

PS. I jeszcze przypomniałem sobie, że kiedyś oglądnąłem całe "Unforgiven" w niemieckiej wersji językowej, bo nie wpadłem na to, że można przecież przełączyć dvd na angielską ;(

nie-nie

sztukmistrz

Kilka lat temu miałem służbowe spotkanie z młodym-bardzo-zdolnym reżyserem filmów reklamowych. Chłopak był rzeczywiście błyskotliwy i charyzmatyczny, ponadto jechał na heroinie, rozpędzony, niczym superszybki pociąg TGV. Odpalał papierosa za papierosem, a oczy miał jak dwie morskie latarnie. Kupił mnie całkowicie w trakcie długiej rozmowy, która potoczyła się wartko w jakimś zadymionym wnętrzu na krakowskim Kazimierzu.

Opowiedział mi między innymi o największej klęsce w swojej karierze. Prestiżowym projekcie, w który włożył całe serce i talent, a ten okazał się spektakularnym marketingowym fiaskiem. Po przeprowadzeniu intensywnej kampanii reklamowej, tzw. "świadomość marki" wśród odbiorców spadła! Czyli mniej badanych kojarzyło reklamowany produkt, niż przedtem! To zupełnie tak, jakby próbować suszyć pranie na deszczu. Albo jechać w nocy autostradą pod prąd, w dodatku z wyłączonymi swiatłami. Młody artysta niechcący musiał poruszyć jakieś fałszywe struny w duszy konsumentów, którzy z tego powodu wyparli z pamięci nazwę firmy jego klienta.

Przypomniałem sobie tą historię, oglądając kolejną reklamę czegoś tam przy użyciu Kuby W. To najbardziej obciachowe, żałosne, kiczowate i nieczytelne spoty, jakie można sobie wyobrazić. Osioł, który żałośnie ryczy na widok pana W., wydaje się od niego mądrzejszy, a już na pewno znacznie bardziej sympatyczny. Gdybym miał telefon w tej sieci, wyrzuciłbym go chyłkiem w nocy do Wisły. Wolałbym nosić grzebień w tylnej kieszeni spodni i białe skarpetki do ciemnego garnituru! Jeżeli znacie jakąś osobę, którą pajac Kubuś przekonał do zakupu, przekażcie jej oraz jej rodzinie w moim imieniu szczere kondolencje.

członek murzyna

sztukmistrz

Ostatnio zdiagnozowałem u siebie 2 kolejne kompleksy. Piszę o tym z nieukrywaną satysfakcją, jako że, aby pozbyć się jakiegoś kompleksu, podobno wystarczy go sobie uświadomić.

Pierwszy z nich to kompleks ułana. Śmiem twierdzić, że cierpi na niego każdy szanujący się mężczyzna. Wiadomo, za mundurem panny sznurem, a ułani stanowią przecież wojskową elitę. Chłopy na schwał, do tańca i do różańca, hulajdusze, tęgie głowy, pierwsi do stołu i na polu bitwy. Ułańska fantazja stała się wręcz przysłowiowa. Ogorzali od słońca, z zabójczymi wąsami, ostentacyjnie pobrzękujący długimi szabelkami, stanowiącymi doskonały symbol falliczny. Przesiąknięci końskim potem i zapachem tytoniu, rozsiewają ferromony, którym nie oprze się żadna przyzwoita kobieta. Ułani werbują i ułani podjeżdżają pod okienko. Sam koń daje ułanowi mobilność i swobodę działania: może mieć kochanki rozsiane w promieniu wielu kilometrów. Jakże się z nim równać zwykłemu śmiertelnikowi?

Drugi kompleks ma bardziej delikatną naturę, chociaż jest pospolity, jak narąbany rezerwista. Problem w tym, że jego temat stanowi rodzaj tabu, gdyż dotyczy pewnych różnic w budowie anatomicznej ras ludzkich, a poprawność polityczna dowodzi, że o żadnych różnicach nie może w ogóle być mowy. Jak się pewnie domyślacie, chodzi o wielkość pewnej części ciała u Afroamerykanów. Konkretnie kutasa. Niepisany przekaz kulturowy czyni z niego coś w rodzaju legendy i fetysza. Wiem o tym również z ust naocznego świadka.

Nie ośmieliłbym się wywlekać tak wstydliwych spraw publicznie, gdyby nie żart, jaki niedawno usłyszałem na szacownym wszak kanale telewizyjnym BBC Prime. Angielska rodzina królewska gra w skojarzenia. Jedna z osób ma pomyśleć o jakiejś rzeczy i podać jej charakterystyczne cechy, a pozostałe próbują odgadnąć, o co chodzi. Zaczyna księżna Diana. Pech chciał, że mimowolnie pomyślała o czarnym członku:
- Wielki i sterczący - mówi, cała zarumieniona jak pensjonarka.
- Członek Murzyna - bez namysłu odpowiada Królowa Matka.

sprawdź, czy nie jesteś ksenofobem

sztukmistrz

„Uprzedzenia rasowe są potworną rzeczą – powtarzał Wódz White Halfoat z Paragrafu 22 – To okropne, żeby porządnego i lojalnego Indianina traktować tak samo, jak jakiegoś żydka, czarnucha, żółtka albo makaroniarza.”

W dzisiejszych niepewnych i nerwowych czasach szczególnie łatwo popełnić jakąś nietolerancję, często nawet mimowolną i nieświadomą. Dlatego przygotowałem poniżej krótki test, za pomocą którego można określić stopień swojej Poprawności Politycznej. Wybierz jedną z możliwych odpowiedzi, starając się nie bardziej niż zwykle oszukiwać samego siebie:

1. Twoja córka umawia się z wyznawcą Islamu:
A: świetnie, to najlepszy sposób na poznanie ich bogatej kultury i zintegrowanie się
B: zgadzasz się, ale pod warunkiem, że nie będzie chodziła w tej chuście po domu
C: delikatnie prosisz go, żeby podczas obiadu nie kładł broni na stole

2. Chłopak twojej córki zaprasza ją na bombową imprezę:
A: świetnie, to najlepszy sposób na poznanie ich bogatej kultury i zintegrowanie się
B: zgadzasz się, pod warunkiem, że odstawi ją do domu przed godziną 22
C: zgadzasz się, pod warunkiem, że odstawi ją do domu przed godziną 22 i będzie w jednym kawałku

3. Zastajesz swoją żonę w sypialni z wyznawcą Islamu:
A: świetnie, to najlepszy sposób na poznanie ich bogatej kultury i zintegrowanie się
B: zwracasz delikatnie uwagę żonie, że nie powinna przyjmować gości w takim stroju
C: myślisz sobie „ale skurczybyk ma wielkiego ptaka”

4. Zastajesz swojego męża w sypialni z wyznawcą Islamu:
A: świetnie, to najlepszy sposób na poznanie ich bogatej kultury i zintegrowanie się
B: zwracasz delikatnie uwagę mężowi, że nie powinien przyjmować gości w takim stroju
C: myślisz sobie „ale skurczybyk ma wielkiego ptaka”

5. Twój sąsiad, wyznawca Islamu, prosi Cię o przechowanie paczki:
A: świetnie, to najlepszy sposób na poznanie ich bogatej kultury i zintegrowanie się
B: zgadzasz się chętnie, pod warunkiem, że nie ma w środku żadnych produktów spożywczych
C: pytasz się, dlaczego powinieneś się bardzo ostrożnie z nią obchodzić

6. Twój sąsiad, wyznawca Islamu, zaprasza cię na pożegnalny bankiet:
A: świetnie, to najlepszy sposób na poznanie ich bogatej kultury i zintegrowanie się
B: zastanawiasz się, czy nie zabrać ze sobą teściowej
C: dziękujesz, ale nie masz ochoty się rozerwać


Wyniki testu:

Jeżeli udzieliłeś jakiejś odpowiedzi na pytanie numer 3, oznacza to, że jesteś mężczyzną. Jeżeli udzieliłeś odpowiedzi na pytanie numer 4, jesteś najprawdopodobniej kobietą.

Jeżeli wśród twoich odpowiedzi przeważa litera A, jesteś wspaniałym człowiekiem: otwartym, tolerancyjnym i pozbawionym uprzedzeń albo zwyczajnym idiotą.

Przewaga B dowodzi twojej elastyczności, kreatywności i umiejętności znalezienia się w trudnych sytuacjach. Chętnie podejmujesz wyzwania i świetnie radzisz sobie w kierowaniu zespołem.

Jeżeli natomiast wybrałeś najwięcej odpowiedzi C, jesteś niestety typowym podejrzliwym ksenofobem. Sposób twojego myślenia jest straszliwie stereotypowy, ale za to masz większą szansę dożyć późnej starości.

Jeżeli twoje odpowiedzi tworzą ciąg liter ABBA, to jest to po prostu nazwa popularnego szwedzkiego zespołu.

paw królowej

sztukmistrz

Właśnie wychodziłem rano z domu, po rutynowej szamotaninie, mającej za zadanie przywrócić mnie do stanu, w którym będę mógł spojrzeć światu w oczy. Już nawet otworzyłem drzwi, prowadzące do tamtego wymiaru, gdy uświadomiłem sobie, że doskwiera mi czegoś brak. Nerwowo przetrząsnąłem wszystkie kieszenie, potem wysypałem zawartość plecaczka na podłogę przedpokoju. Komórka, portfel, okulary przeciwsłoneczne, wyglądające jak gigantyczna czarna ćma, która przycupnęła na deskach.

Rzeczywiście, nie ma.

Rzuciłem się do regałów z książkami. Powinna chyba być właśnie tutaj. Omiotłem wzrokiem półki. Pudło. Może będzie w komodzie, podpierającej ścianę w kącie pokoju? Pierwsza szuflada, ta z kolorowymi pigułkami, pełna stymulantów-symulantów dobrego samopoczucia. Następna: dom spokojnej starości dla nieobliczalnych rachunków. Dalej kryjówka, gdzie spiskują moje gnuśne narzędzia. Obok pochowano cierpiące na chroniczny brak zrozumienia instrukcje. Stara kołdra, którą zachwycone mole uważają za swoje prywatne pastwisko.

Nie, tutaj też niczego nie znalazłem!

Zaraz, a może w kuchni? Może spoczywa na stole wśród okruszków, obok ulubionego kubka po kawie, pełniącego funkcję jednego z moich fetyszy? Albo jest schowana w szafkach z zestawem naczyń dla jednej osoby? W lodówce, wielkości ptasiej dziupli? Nic, tylko słoik z zaschniętą musztardą i resztka przeterminowanego soku marchwiowego, który nigdy nie nadawał się do spożycia! Dla świętego spokoju zaglądnąłem jeszcze do łazienki. Zgodnie z oczekiwaniem, natknąłem się na kilka zmokniętych czasopism i wilgotny, cynamonowy zapach świeżo użytych kosmetyków. W sypialni pod łóżkiem armia kołtunów, dowodzona przez parę groźnie wyszczerzonych pantofli. Wychodzenie na balkon nie prowadziło do niczego, chyba że chciałbym uspokoić nerwy, kontemplując soczystą zieleń ogródków działkowych.

Dalsze poszukiwania nie miały sensu. Nie było żadnej wątpliwości. Po prostu nie istnieje! Z przykrością ogłaszam całkowity brak czegokolwiek, co zasługiwałoby na miano polskiej współczesnej literatury.

fryderyk

sztukmistrz

Mój ukochany jamnik-miniaturka. Niezłomny pasibrzuch, pieszczoch i sybaryta. Cztery łapki, tłuściutki brzuszek, ogonek oraz siwy pyszczek, okraszone ironicznym uśmiechem. Całość stanowi niepowtarzalną kombinację, pełną uroku i zniewalającą, szczególnie panie po 60. Chociaż pod względem areodynamicznym, z powodu niskiego zawieszenia osadzonego na krótkich krzywych nóżkach, moi zawistni znajomi porównują go do spasionej gąsienicy.

Mówi się, że psy upodabniają się do swoich właścicieli. W wypadku jamników proces ten zachodzi oczywiście w kierunku odwrotnym. Nie ulega wątpliwości, kto w naszym 13-letnim związku pełni rolę przewodnika stada. Szanuję go choćby za to, że stara się publicznie nie okazywać mi pogardy. Tylko w zimie jest mi czasem przykro, gdy wołam go na spacer, a on głębiej wczołguje się pod poduszkę. Moje powroty do domu kontestuje wyciągnięty na sofie, leżąc na grzbiecie wszystkimi nóżkami do góry. Jeśli jednak przyjrzeć się uważnie, widać jak macha ogonkiem. No, przynajmniej troszeczkę nim porusza. Za to na powitanie złodziei wybiega radośnie popiskując.

Ktoś, kto wymyślił tezę o przysłowiowej psiej wierności, najwidoczniej nigdy nie miał do czynienia z moim jamnikiem. Za kawałek kiełbasy Fryderyk bezzwłocznie wyparłby się samego Jezusa Chrystusa, nie czekając na żadne pianie koguta. Życie uczuciowe F. ogniskuje się pomiędzy miską a lodówką. Kocha wykwintną kuchnię, a w bezsensownych przerwach pomiędzy posiłkami namiętnie poluje na dodatkowe smakołyki.

Jego prawdziwą pasją życiową jest jednak spanie. Najchętniej robi to wyciągnięty w poprzek mojego łóżka. Dlatego podczas snu muszę ciągle robić mostek - trochę to niewygodne, ale po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja. Oczywiście mógłbym to w każdej chwili zmienić. Zawsze mogę przecież po prostu przenieść się na podłogę. Kiedy F. ma depresję, ściąga do łazienki z całego mieszkania moje najlepsze czarne ciuchy i koło kaloryfera mości sobie wygodne legowisko.

Doskonale zna się na tresurze. Na przykład nauczył mnie, że jeśli siada podczas spaceru, to oznacza, że powinienem szybciutko wziąć go na ręce. Próby założenia mu obroży nieodmiennie kończą się moim pośmiewiskiem: kładzie się wtedy płasko na ziemi i udaje martwy worek kartofli. Sąsiedzi zwołują do okien całe rodziny.

Jeśli pada deszcz albo śnieg, stanowczo odmawia wychodzenia z domu. W samochodzie zawsze ubłocony siada na tym siedzeniu, gdzie leżą ważne dokumenty. Starannie ignoruje moje prośby. Unika jałowego machania ogonem, natomiast chętnie warczy na mnie spontanicznie. Jeżeli nie odgaduję dostatecznie szybko jego intencji, karci mnie za pomocą kłapania zębatym pyskiem. Nie wykluczam, że jest jadowity, bo rany po jego ukąszeniach goją się długo.

Mój pies. Mój jedyny prawdziwy przyjaciel.

czarny piątek

sztukmistrz

Zabobonni ludzie utrzymują, że najgorszy jest piątek, 13. Ja jednak nie wierzę w przesądy. Owszem, najbardziej pechowy jest piątek, ale dwudziestego czwartego! Co zostało wczoraj na mnie naukowo udowodnione.

W tym zakalcowatym dniu absolutnie nic nie może się udać. Jedyny sklep monopolowy na wyspie zamykają na 3 minuty przed waszym przybyciem, a odtrutka na jadowitą żmiję, która właśnie was upierdoliła, znajduje się w szpitalu, odległym o 150 kilometrów drogi przez tropikalną dżunglę.

Tego pięknego dnia zalałem za pomocą oleju słonecznikowego wychuchany balkon sąsiada, obłąkanego pedanta, który jest ponadto przewodniczącym naszej wspólnoty mieszkaniowej. Najpierw jednak dostałem 500 złotych mandatu i 16 (słownie: szesnaście) punktów karnych, czyli więcej, niż w całej mojej dziesięcioletniej przygodzie z motoryzacją. Do teraz jestem oszołomiony po tym nokaucie: czuję się, jak Andrzej Gołota w drodze do szatni po swojej ostatniej walce.

Zastanawiacie się, jakiej to potwornej zbrodni musiałem się dopuścić, że omal nie straciłem prawa jazdy i zostałem ukarany grzywną w wysokości miesięcznej pensji kasjerki w Tesco, łącznie z jej dodatkiem za nadgodziny? Potrąciłem na pasach kobietę w ciąży? Wymusiłem pierwszeństwo na karetce pogotowia, jadącej na sygnale? Wtargnąłem na czerwonym świetle na skrzyżowanie, powodując groźny wypadek, który sparaliżował Kraków w godzinach szczytu?

Gorzej, znacznie gorzej! Nie chodzi nawet o to, że ewidentnie złamałem przepisy i przekroczyłem czterema kołami podwójną linię ciągłą. To może przydarzyć się każdemu. Chwilę później posunąłem się jednak dalej i przekroczyłem coś znacznie poważniejszego. Po zatrzymaniu przez czujną policję o malowniczym nazwisku sierżant Strach, złamałem niepisaną umowę społeczną i nie chciałem przystąpić do negocjacji.

Ponieważ część czytelników zapewne nie ma jeszcze prawa jazdy, pozwolę sobie przedstawić, jak przebiega w Polsce rutynowa kontrola drogowa. Najpierw pechowiec prowadzący pojazd mechaniczny popełnia jakieś wykroczenie, o co nie jest znowu tak trudno. Zaryzykowałbym twierdzenie, że nie sposób przejechać przez Kraków, nie łamiąc przy tym kilku idiotycznych przepisów. Pirat drogowy, to zwyczajny kierowca, tyle że akurat złapany przez policję. A dalej to idzie mniej więcej w ten sposób:

Policja: Dzień dobry, panie kierowco, starszy sierżant Panika, kontrola  drogowa, prawo jazdy, dowodzik rejestracyjny i ubezpieczenie poproszę.
Kierowca trzęsącymi się rękami podaje żądane dokumenty.
Policja: Panie Wojciechu, czy wie pan, jakie popełnił pan wykroczenie?
Pan Wojciech: wiem, wiem, o ja głupia blondynka, przysięgam, już nie będę.
Policja: a gdzie pan pracuje?
Pan Wojciech: jestem biednym studentem.
Policja: jechał bez pasów i rozmawiał przez telefon komórkowy. Będzie to kosztować biednego studenta 400 złotych i 10 punktów karnych.
Pan Wojciech: Jezus Maria, litości, Panie władzo, tyle pieniędzy, tyle pieniędzy...
Policja: To co pan proponuje?
Pan Wojciech proponuje 50 złotych bez zbędnych papierkowych formalności.
Policja: Co? próbuje mnie pan przekupić?
Pan Wojciech: na to wygląda.
Policja: Doskonale. Proszę dyskretnie wsunąć banknot do dokumentów. Szerokiej drogi życzę.

Uczestnicy powyższej rekonstrukcji wydarzeń odgrywają pewne ustalone społecznie role. Proponowany przez sierżanta Panikę mandat jest wzięty z sufitu. Siedzący za kierownicą nowiutkiej beemki mężczyzna raczej nie wygląda na ubogiego studenta. Nieważne. Naprawdę ważne jest to, że obydwie strony rozchodzą się przekonane, że ubiły świetny interes.

Czasem oczywiście zdarza się, że przedstawiciel prawa nie może wziąć od nas łapówki, bo towarzyszy mu ekipa telewizyjna z kamerą. Wtedy jednak wyjściowa kwota grzywny jest dużo niższa, a wystarczy chwilę żałośnie poskomleć na oczach kilku milionów telewidzów, żeby zbić ją o połowę. Policja wykorzystuje tutaj opisany przez psychologów mechanizm zakotwiczenia, nazywany też zasadą kontrastu: w porównaniu do pierwotnej sumy, właściwy mandat wydaje nam się prezentem gwiazdkowym. Dzięki temu ukarany czuje głęboką wdzięczność wobec karzącego.

Cóż więc się stało, że za kradzież batonika w sklepie skazano mnie w trybie doraźnym na krzesło elektryczne, podczas gdy innego dnia wszystko skończyłoby się zaledwie na ojcowskim pouczeniu? Moja wina: zachowałem się, jak ćma lecąca na wycieczkę w kierunku stuwatowej żarówki albo skazaniec skwapliwie pomagający oliwić gilotynę. Kiedy sierżant Strach otworzył licytację na niebotycznym poziomie 16 punktów i pięciuset złotych, pomyślałem sobie, że chyba właśnie dostałem przekaz ;) Nie będę skamlał, błagał o litość, płaszczył się, merdał ogonkiem ani proponował ugody. Bez zbędnego słowa protestu zgodziłem się na absurdalny wymiar kary, w głębi duszy mając cichą nadzieję, że wściekły pies ogrodnika okaże się choć trochę człowiekiem. Nie okazał się, chociaż wyglądał na kompletnie zaskoczonego moją postawą. Niestety, był to rodzaj zemsty zza grobu, która w niewielkim stopniu może poprawić samopoczucie nieboszczyka.

musisz mnie zainstalować

sztukmistrz

Wykończy mnie windows mesendżer. Myślałem, że będzie to raczej alkohol, narkotyki i papierosy, czyli generalnie radioaktywny styl życia, jaki do niedawna intensywnie uprawiałem. Bałem się raka, stwardnienia rozsianego albo choroby wieńcowej. Teraz już wiem, że nie przewidziałem najgorszego - windows mesendżera!

Żeby nie było nieporozumień! Mam zupełnie legalną, prosto ze sklepu wersję XP. Komunikator pana Gatesa pastwił się nade mną psychicznie od samego początku. Uruchamiał się razem z systemem i w żaden sposób nie dawał zamknąć: ironicznie informował mnie, że jest to niemożliwe - dla mojego dobra! Zupełnie, jakbym słyszał swoją nieżyjącą matkę! Coś takiego, jak nieszczęsny Pan Spinacz, tylko jeszcze bardziej upierdliwy.

Prawdziwy koszmar zaczął się jednak, kiedy nachalny sukinsyn bezczelnie zażądał ode mnie, abym ściągnął sobie na głowę jego najnowszą mutację. Próbowałem udawać, że niczego nie zauważyłem, ale przy sto czterdziestym ósmym powiadomieniu poddałem się i dla świętego spokoju zainstalowałem upgrade.

Potem było już tylko gorzej. Na pasku narzędzi na dole pulpitu zagnieździły się DWIE zgniłozielone ikonki mesendżera: stara i nowa. I obydwie wersje zaczęły żyć swoim własnym, niezależnym życiem. Uaktywniały się na przemian, znacząco mrugając, produkując kaskady okienek i hałaśliwie informując mnie o zarejestrowaniu lub wyrejestrowaniu. Były jak dwa ropiejące wrzody na tyłku, nieustannie przypominające o swoim istnieniu.

Następnie choroba zaczęła dawać przerzuty. Pojawił się kolejny złowieszczy komunikat: "Windows Messenger: Dostępna jest nowsza wersja. Musisz zainstalować nową wersję, aby kontynuować. Czy chcesz zrobić to teraz?". Jeżeli odpowiadam, że nie chcę, wtedy natychmiast ta sama informacja wyświetla się powtórnie. Po wybraniu opcji TAK, komputer długo przeprowadza jakąś instalację. Jednak, po ponownym uruchomieniu systemu okazuje się, że jesteśmy w punkcie wyjścia: na ekranie znowu wyskakuje to samo, nieubłagane polecenie!

gdzie leży ser pogrzebany

sztukmistrz

Kiedy zobaczyłem w tesku na promocji ser żółty pod nazwą analogowy, byłem przekonany, że jest to pierwsza jaskółka, zwiastująca mój nieuchronny obłęd. Przecież mama wielokrotnie ostrzegała mnie przed zgubnymi skutkami nałogowej lektury "Alicji w krainie czarów". Pamiętacie, co zrobił główny bohater "Solaris" Lema, aby upewnić się, czy nie zwariował? Ja wpadłem na prostszy sposób: trzęsącymi się rękami wpisałem frazę "ser analogowy" do googli. Ostatni raz byłem tak zdenerwowany, kiedy odbierałem wyniki testu na AIDS. Uff, poczciwa wyszukiwarka znalazła jedną stronę w Internecie, gdzie jakieś bratnie dusze skarżą się, że nawet szare mydło jest od nieszczęsnego sera smaczniejsze.

Spokojnie, nie kupiłem sera żółtego w tesku na promocji w cenie 9 złotych za kilogram. To dopiero świadczyłoby o tym, że doszczętnie postradałem zmysły. Diabeł mnie jednak podkusił, aby zaopatrzyć się tam w pomidory. Tesco wynalazło jakąś nową odmianę tego warzywa, wyhodowaną specjalnie dla potrzeb supermarketu. Są ciężkie, jak ołów i twarde, niczym zawieszenie w sportowym samochodzie. Składają się właściwie z samej skórki, tak grubej, że nie ma już miejsca w środku na nic więcej. Kroić należy je za pomocą piłki do metalu. W akcie rozpaczy próbowałem je udusić, ale okazały się odporne na wysoką temperaturę i tylko porysowały mi patelnię.

historia pewnej miłości

sztukmistrz

Historię De noszę w sobie od jakiegoś czasu. Wahałem się jednak, czy powinienem się z Wami nią podzielić. Jak pewnie zauważyliście, lubię budujące opowiastki z czytelnym morałem, a ta do takich chyba nie należy. Obawiam się, że jest przy tym zbyt przygnębiająca i nie będzie pasować do rozrywkowej atmosfery, jaka miłościwie panuje w naszym Cyrku. W końcu przychodzimy wszyscy tutaj, żeby się pośmiać, a nie przyglądać się, jak błazen pochlipuje w kącie.

De był jednak moim bliskim przyjacielem i zasługuje na to epitafium. Byliśmy kumplami już w szkole podstawowej i potem w średniej, chociaż rodzice wysłali go do technikum, a ja trafiłem do liceum. Ponieważ stanowiłem raczej typ neurotycznego wymoczka, silnie identyfikującego się z bohaterami książek Karola Maya, De imponował mi swoją prostolinijnością oraz sprawnością fizyczną, zapewniając przy okazji skuteczną ochronę przed ewentualnymi prześladowaniami ze strony kolegów. De, jako uczeń budowlanki, nie stronił od alkoholu i rozrywek. Jednak pod koniec szkoły przeszedł prawdziwą przemianę: zakochał się w dziewczynie, która wciągnęła go do ruchu oazowego, tam spotkał Boga i złożył śluby trzeźwości.

Obserwowałem przyśpieszone dojrzewanie moralne De z pewną zazdrością, bo sam dopiero zacząłem odkrywać rozliczne uroki życia (pierwszy raz schlałem się jak świnia na dwa tygodnie przed maturą). Potem wyjechałem na studia i nasze drogi jeszcze bardziej rozeszły się. W tym czasie De ożenił się ze swoją oblubienicą, urządzając bezalkoholowe wesele, na które z premedytacją nie poszedłem, ponieważ zupełnie nie umiem bawić się bez alkoholu.

I tutaj właśnie pojawia się najsłabszy moment tej historii. Powinienem teraz napisać, że żyli długo i szczęśliwie. Rzeczywistość jednak rzadko dostosowuje się do bajkowych schematów. Po ślubie De odwiedzał mnie sporadycznie w Krakowie. Z każdą taka wizytą wyglądał coraz gorzej, zgaszony i przybity, jak pies porzucony przez właściciela. Pomimo posiadania żony-dentystki miał beznadziejnie popsute zęby, czego się potwornie wstydził. Z tego powodu mówił bardzo niewyraźnie, próbując nie otwierać ust. Wtedy już znowu pił, z jakąś smutną ostentacją, ale raczej dosyć umiarkowanie. Ostatni raz widziałem go kilka lat temu. Prosił, aby go przenocować i pożyczył ode mnie na jeden dzień sto złotych. Wyglądało na to, że szanowna małżonka na dobre wyrzuciła go z domu. Rano zniknął i od tego czasu nie miałem od niego żadnych wiadomości. Tylko mój poczciwy ojciec napomknął kiedyś, że De podobno rozpił się i zupełnie zmarnował sobie życie.

dla kogo pracujesz, kochanie?

sztukmistrz

Kilka miesięcy temu otrzymałem przez pomyłkę e-mail od firmy parającej się tzw. "marketingiem szeptanym i wirusowym". Niezwykle podniecony, że oto odkryłem mroczne tajemnice piarowców, natychmiast ::opublikowałem go:: na blogu. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że postąpiłem jak modelowa ostatnia naiwna. Wcale nie dostałem tej oferty przypadkiem. To po prostu sprytna forma reklamy reklamy, stwarzająca wrażenie, że mamy do czynienia z poufną korespondencją. Wszyscy przecież wiemy, że najciekawsze są cudze listy. Normalnie wyrzuciłbym taki spam prosto do kosza, a tak, nie tylko że go przeczytałem z wypiekami na twarzy, ale jeszcze przekazałem dalej. Czyli zachowałem się jak blondynka, która zarzeka się, że nie będzie żadnego seksu na pierwszej randce, a potem sama błyskawicznie ściąga majtki.

Jedno nie ulega wątpliwości. Tradycyjne formy promocji rzeczywiście stają się coraz mniej efektywne. Stąd musimy być przygotowani na ekspansję kryptoreklamy. Nie trzeba jej daleko szukać: dobrym przykładem na naszym podwórku jest blog poświęcony iPodowi (zresztą firma Apple zawsze sięgała po różne niekonwencjonalne metody). Ostatnio, gdy pieczołowicie wybierałem twarożek w supermarkecie, podszedł do mnie zwyczajnie ubrany pan w średnim wieku, nieco przypominający mojego ojca i zaczął gorąco zachwalać jeden z produktów. Tym razem nie dałem się nabrać, bo mój ojciec nie mieszka w Krakowie. Jednak taka spontaniczna rekomendacja ze strony osoby, która pozornie znajduje się po naszej stronie barykady, jest zazwyczaj diabelnie skuteczną sztuczką. Dlatego, jeśli kiedyś wasza druga połowa powie Wam przy śniadaniu, że coś jej wyjątkowo smakuje, zapytajcie ją prosto z mostu:
- Dla kogo pracujesz, Kochanie?!

nie mów nigdy kobiecie

sztukmistrz

Wiele lat życiowych doświadczeń przekonało mnie o jednym: pod żadnym pozorem nie wolno powiedzieć kobiecie, że jest gruba. Nawet jeśli gwałtownie przytyła o 70 kilogramów i na kolanach błaga was o szczerą opinię, musicie patrząc jej prosto w oczy zapewniać, że wygląda doskonale i wyrażać głośny niepokój, czy przypadkiem nie cierpi na jakąś anoreksję. Kobieta może przebaczyć wam zdradę. Kobieta czasem wybaczy wam, jeśli nazwiecie ją bałaganiarą, fatalną kucharką albo wypomnicie jej oziębłość w łóżku (chociaż z tym ostatnim należy uważać, jak z odbezpieczonym granatem). Gdy jednak zarzucicie jej nadwagę, zrobicie sobie z niej śmiertelnego wroga na całe życie.

Przekonałem się o tym boleśnie na własnej skórze. Kiedyś, próbując się przecisnąć na korytarzu obok koleżanki z pracy, chlapnąłem bezmyślnie, że chyba jej ostatnio trochę przybyło. Wtedy wydawało mi się to niewinnym żartem sytuacyjnym, kóry natychmiast wyrzuciłem z pamięci. Teraz wiem, że lepiej było od razu powiesić się w toalecie. Moje życie zamieniło się w koszmar. Najbliżsi przyjaciele przestali mnie zauważać i odpowiadać na telefony. W biurze traktowano mnie jak morowe powietrze. Zabrano mi nawet krzesło: samo kucanie nie byłoby nawet takie uciążliwe, gdyby nie trudności z położeniem nóg na biurku. Księgowość odrzucała wszystkie faktury z moim podpisem. Samochód co rano znajdowałem z pociętymi przez ochronę oponami. Listonosz przestał dostarczać do mnie jakąkolwiek korespondencję, wyjąwszy jadowite anonimy z wyzwiskami i groźbami. Zaczęły krążyć plotki, że jestem bezdusznym zwyrodnialcem i nihilistą. Ktoś podobno nawet widział mnie, rozmawiającego z dziećmi na podwórku.


::pani szczupła inaczej::

Skończyło się wszystko jednak bardzo szczęśliwie. Przynajmniej tak twierdzi mój adwokat, chociaż on też już nie podaje mi ręki. Wyrzucono mnie dyscyplinarnie z pracy, musiałem zapłacić wysokie odszkodowanie i żona odeszła ode mnie - sąd orzekł oczywiście rozwód z mojej winy. Przy okazji nauczyłem się, że prawdziwy dżentelmen pewnych uwag damie w żadnym wypadku czynić nie powinien.

przebudzenie

sztukmistrz

Swego czasu zajmowałem się doradzaniem. Moimi klientami byli zazwyczaj ludzie sławni i bogaci, a przy tym czuli - jak my wszyscy - na punkcie swojego wizerunku. Najczęściej należało go trochę podretuszować. Pełniłem więc funkcję raczej zaufanego fryzjera, niż demiurga w rodzaju Piotra Tymochowicza.

Praca z ludźmi z pierwszych stron gazet to gra w berka na polu minowym. Ponadto byłem młodziutki, chorobliwie ambitny oraz przewrażliwiony, niczym stara panna na punkcie zamążpójścia. Nic więc dziwnego, że przypominałem nakręcany zegar z kukułką. Stres odreagowywałem w najprostszy możliwy sposób: fundując sobie za pomocą wysokooktanowego paliwa wekendowe odloty. Wtedy dopiero wahadło nabierało więcej pewności siebie.

Regularnie ::opuszczałem przyziemność:: w piątek wieczorem, aby niechętnie do niej powrócić najwcześniej w okolicy niedzielnego popołudnia. Teraz myślę o tym z nostalgią, czasem jednak miałem chwile słabości. Szczególnie wtedy, gdy po piątkowej imprezie ocknąłem się znienacka w jakimś pustym mieszkaniu, czując się równie rześko, jak wyschnięty krowi placek. Nie miałem zielonego pojęcia, w jaki sposób teleportowałem się do zupełnie obcej, choć - muszę przyznać - bardzo gustownie urządzonej sypialni. Nie tylko nie wiedziałem, gdzie jestem, ani która jest godzina. Zaledwie podejrzewałem, że powinna być sobota, gdyż nie chciałem od razu pesymistycznie zakładać wypadnięcia aż dwóch dni z życiorysu. Pewności jednak nie było żadnej.

Pomimo paraliżującego bólu głowy, jakimś cudem zdołałem włączyć stojący obok łóżka telewizor. Liczyłem na to, że przy jego pomocy określę swoje położenie w czasoprzestrzeni. I pierwszym, co pojawiło się na panoramicznym ekranie, była... twarz mojego bieżącego pracodawcy. Patrzył prosto na mnie, udając, że udziela jakiegoś wywiadu. Nawet we własnym domu nie potrafię tak szybko wyłączyć odbiornika. Chociaż nie zdążyłem usłyszeć, o czym mówi, to jego ulubionym tematem były patologie społeczne i powszechne zdziczenie obyczajów.

montignac, czyli dieta dla ciebie

sztukmistrz

Jak już się pewnie chwaliłem, udało mi się - metodą skrajnych wyrzeczeń - jako tako ogarnąć swoją ::niesforną cielesność::. W optymalnym momencie zszedłem nawet poniżej bariery 77 kilogramów. Niestety, wystarczyła chwila nieuwagi i natychmiast przybyło mnie 4 kilo, w dodatku w strategicznych miejscach. Czasem mam smutne wrażenie, że mężczyzna po 30 tyje od samego oddychania.
 
Nie ulega wątpliwości, że jako modelka nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek rażące obwisłości. Tym razem postanowiłem spróbować niezwykle modnej ::diety Montignaca::, skuszony następującym opisem w Internecie:
"nie jest trudna, wystarczy zapamiętać zaledwie kilka reguł. Jej myślą przewodnią jest minimum zakazów i maksimum rozkoszy kulinarnych: jedzenie powinno być przyjemnością, cząstką naszego życia". Dosłownie wyjęto mi to z ust!

Założenie, że aby schudnąć, należy po prostu więcej jeść, urzekło mnie swoją prostotą. Co prawda, jedno kliknięcie później wyjaśniło się, że kilka reguł to znaczy dwadzieścia, a proste są one mniej więcej tak samo, jak porozumienie Żydów z Arabami. Obiecane "rozkosze kulinarne" okazały się oczywiście sałatą, szpinakiem, selerem i chudym białym serem. "Minimum zakazów" obejmuje prawie wszystko, co nadaje się do jedzenia, między innymi cukier, ziemniaki, pieczywo, biały ryż, jogurty owocowe, słodycze, gazowane napoje, alkohol oraz mocną kawę i herbatę! Można do woli napychać się makaronem, pod warunkiem, że będzie on prawie surowy! Znacie jakiegoś żywego człowieka, który zrezygnował z tych wszystkich rzeczy, a nie jest jeszcze świętym męczennikiem albo nawiedzonym joginem?!

poczucie humoru

sztukmistrz

Zakupy robię w Tesco. Nie ma w tym nic specjalnie oryginalnego: podejrzewam, że w piątkowy wieczór podobnie postępuje w Krakowie jakieś kilkanaście tysięcy osób. W moim wypadku decyduje głównie lokalizacja. Całodobową świątynię kosumpcji wzniesiono dosłownie kilkaset metrów od mojego wysprzątanego mieszkania. Miałbym niespełna 10 minut na piechotę, gdyby nie to, że zawsze jeżdżę tam samochodem.

W tesku bywam właściwie codziennie. Z dwóch powodów. Prozaiczny jest taki, że nieszczególnie wychodzi mi robienie zakupów na zapas. Wiele razy próbowałem zaopatrzyć się w produkty na cały tydzień. Niestety, następnego dnia rano zostawała po nich tylko sterta pustych opakowań. Powód drugi jest bardziej metafizyczny: całodobowy supermarket to magiczne miejsce, gdzie mogę spotkać się z innymi ludźmi. Czasem myślę, że dobrą metaforą mojego życia jest kolejka w kasie do 10 artykułów.

Tesco doskonale zaspokaja także inną podstawową potrzebę człowieka: zabawy. Przecież Anglicy słyną z wyrafinowanego poczucia humoru. Swego czasu przekomiczna była krwawa wojna cenowa z usytuowanym w pobliżu Carrefourem. Na podstawie porównania kilku, starannie wybranych z parudziesięciu tysięcy artykułów, obydwa supermarkety próbowały udwodnić, że są tańsze od konkurenta. Również czytanie wywieszanych w tesku ogłoszeń dostarcza sporo pierwszorzędnej rozrywki. Na przykład na stoisku mięsnym jest napisane coś takiego, że "wszystkie produkty są niezwykle świeże i przygotowywane z najwyższej jakości składników". Czasem kierownictwo nie dba nawet o zachowanie pozorów powagi. Etykiety "obniżamy ceny dla Ciebie" umieszczane są nagminnie na towarach droższych, niż wynosi ich cena sugerowana przez producenta. Taniej je można kupić nawet na stacji benzynowej Orlenu. Wiele radości przyniosła mi informacja "produkt polski", którą znalazłem na... ananasach w puszce! A myślałem, że w naszym klimacie rosną tylko ziemniaki i wieprzowina.

Ostatni humorystyczny komunikat zapewnia, że aż 95% procent artykułów w supermarkecie pochodzi od krajowych producentów lub - uwaga - rodzimych dystrybutorów. Zabawne, bo któż inny niby miałby dostarczać towar do sklepu, w dodatku położonego w głębi Polski? Święty Mikołaj albo obcy najeźdźcy z kosmosu? Równie dobrze mogliby napisać, że wszystkie sprzedawane ryby pochodzą z wody i potrafią pływać. To oczywiste, że w końcu każdy prawie towar przywozi polski dostawca, nawet gdy zaopatruje się w niego w Chinach, Bangladeszu, bądź krajach Europy Zachodniej. Ale o tym Tesco oczywiście dyplomatycznie milczy, skądinąd słusznie zakładając umysłowe lenistwo 95 procent swoich klientów.

PS. W nawiązaniu do opublikowanej z okazji jubileuszu Cyrku ::czarnej listy::, chciałem wyjaśnić, że psa na łańcuchu trzyma rodzina mieszkająca przy ul. Rozdroże 5 (a nie, jak mylnie napisałem, 14!). Natomiast sąsiedzi wystawiający swoje śmieci na klatkę schodową, niestety wciąż mieszkają w tym samym miejscu.

być albo niebyć

sztukmistrz

Wszyscy wiemy, jak potwornie męczące i skrajnie wyczerpujące jest nic nierobienie. Najgorsze, że w tym samym momencie niezajmować się można praktycznie nieskończoną ilością czynności, z których w najlepszym wypadku jesteśmy w stanie podjąć wyłącznie jedną jedyną. Mnie osobiście najwięcej wysiłku kosztuje nieuczenie się. Tak, wyszukiwanie uzasadnień dla nieuczenia się pochłania właściwie całe moje bieżące zasoby umysłowe. Niepracowanie też nie przychodzi mi łatwo, ale boryka się z nim większość Polaków: smutne statystyki wykazują, że przeciętny obywatel naszego kraju pracuje naprawdę efektywnie tylko 1 godzinę dziennie!

W epoce rozpasanego konsumeryzmu koszmarnie skomplikowane stało się niekupowanie - mało kto umie sobie z nim poradzić. Niejedzenie, zwłaszcza czekolady, potrafi zepsuć mi humor na cały wieczór. Niepicie wymaga niezwykłej siły charakteru: w tym celu bardziej zdeterminowane jednostki przechodzą nawet specjalne szkolenia, nazywane terapiami. Obsesyjne niepalenie, niesiedzenie przed telewizorem, niekorzystanie z Internetu bywają potocznie nazywane zdrowym trybem życia. Często podkreślany tragizm ludzkiej egzystencji polega właśnie na tym, że każdej chwili możemy nie robić tych wszystkich fascynujących rzeczy równocześnie!

Równie absorbujące bywa nieistnienie. Zwróćcie uwagę, że klucze, komórka, portfel, czy ::brakująca skarpetka:: mogą niebyć dosłownie wszędzie, podczas gdy znaleźć je da się tylko w jednym wybranym miejscu.

pobojowisko

sztukmistrz

Cudowny sekret wiecznej szczupłości już znacie! Już za chwileczkę zdradzę Wam kolejny: jak bez trudu utrzymywać swoje otoczenie w nienagannej czystości i porządku. Wiem, co mówię, bo jestem urodzonym bałaganiarzem. Niezwykły talent do robienia bajzlu to jedyna rzecz, jaką odziedziczyłem po ojcu. Z czasem ten dar udało mi się wspaniale rozwinąć i doprowadzić na wyżyny niedostępne zwykłemu śmiertelnikowi. Trudno byłoby przedstawić normalny status mojego mieszkania bez uciekania się do drastycznych opisów. Jedynym cenzuralnym słowem, jakie przychodzi mi na myśl, jest właśnie POBOJOWISKO. Poznana kiedyś Pod Baranami dziewczyna, jedna z tych jednonocnych jętek, którą pochopnie pod wpływem testosteronu i alkoholu zaprosiłem do siebie na kwaterę, rano wyznała mi zafascynowana, że „nawet Rumuni żyją w lepszych warunkach”.

Z upływem lat zaobserwowałem jednak pewną prawidłowość. Być może w bałaganie nic nie ginie, ale nie ulega żadnej wątpliwości, że w bałaganie nie można również niczego znaleźć. Codzienne przedzieranie się przez stosy ubrań, brudnych naczyń, podejrzanych opakowań, cuchnących resztek jedzenia, zwiędłych gazet, ostatecznych wezwań do zapłaty i zdechłych zwierząt, w poszukiwaniu dwóch jako tako pasujących do siebie skarpetek, pochłaniało potworną ilość czasu - może dlatego nie wystarczało go, aby posprzątać. Poza tym, nawet jeśli jakość naszego życia zależy przed wszystkim od nas samych, jak słusznie utrzymuje Dalajlama, to jednak dużo łatwiej osiągnąć duchową harmonię w sprzyjających ku temu warunkach. Innymi słowy: przyjazne otoczenie pomaga w uporządkowaniu wnętrza.

Możecie nazwać to kryzysem wieku średniego, ale po dwudziestu latach spędzonych w burdelu, postanowiłem zacząć żyć w czystości. Przy okazji odkryłem również wspaniały sposób na zachowanie porządku domowego. Właśnie ten, którym chciałbym się teraz z Wami podzielić. Wystarczy tylko… nieustannie, od rana do wieczora sprzątać.

Początkowo utrzymanie domu w czystości zajmowało mi makabrycznie dużo czasu. Po latach, kiedy nabyłem wprawy, absolutnie nic się nie zmieniło. Mieszkanie sprząta się samo wyłącznie na reklamach środków myjących. Mogę z czystym sumieniem Was zapewnić, że w rzeczywistości jedynym skutecznym rozwiązaniem jest przeznaczenie każdej wolnej chwili na porządki. Do tego oczywiście nie wolno zanadto bałaganić. I to by było właściwie na tyle, naprawdę nie musicie mi dziękować.

współlokatorka

sztukmistrz

Po dłuższym namyśle postanowiłem zostać jednak modelką. Skąd decyzja o wyborze właśnie takiej, niełatwej wszak w moim wieku drogi kariery zawodowej? Po pierwsze, wszystkie modelki są anorektyczkami, co automatycznie rozwiązuje moje dyżurne ::problemy z nadwagą::. Po drugie, będę miał bliski kontakt z innymi modelkami, dzielił z nimi garderobę, a może nawet z jakąś inną modelką razem zamieszkam? W końcu modelki trzymają się razem! Chodziłaby sobie taka szczupła, długonoga piękność po domu w samym podkoszulku, jedlibyśmy wspólnie sałatę i nie mielibyśmy przed sobą żadnych tajemnic! Opowiadałaby mi ze szczegółami o wszystkich swoich udawanych orgazmach. Po trzecie, miałbym własne piersi: małe bo małe, ale nikt nie jest doskonały. Po czwarte, będę bożyszczem tłumów. Przyjemnie być pięknym motylem, wieść beztroski tryb życia, ładnie się uśmiechać, pachnieć i jeszcze za to dostawać pieniądze.

  idealna kandydatka na współlokatorkę, czyli Naomi Cambell sfotografowana przez ::LaChapelle::

Spokojnie, nie oszalałem, doskonale zdaję sobie sprawę, że modelką wcale nie jest tak łatwo zostać. Bogu dzięki, bo w przeciwnym razie nie mielibyśmy ani jednej pielęgniarki, nauczycielki ani urzędniczki na poczcie. Przede wszystkim trzeba mieć odpowiednie imię! Osobiście nie znam żadnej modelki, która nazywałaby się na przykład Zofia. Dlatego muszę wymyślić sobie jakiś stosowny artystyczny pseudonim, gdyż raczej trudno przypuszczać, ażebym zrobił oszałamiającą karierę w świecie mody jako Wojtek.

czarna lista z okazji jubileuszu

sztukmistrz

Naszemu Blogu stuknęło już 117 dni. Taka okrągła liczba stanowi wręcz wymarzoną okazję do dokonania małego podsumowania. Postanowiliśmy więc ogłosić czarną listę dziesięciu najgorszych firm i osób, przed których produktami i usługami mieliśmy zaszczyt Państwa ostrzegać na arenie Cyrku:

1. ::McDonalds:: za nachalne przekonywanie konsumentów, że zmielone krowie kopyta smażone w zjełczałym oleju stanowią kwintesencję dobrego smaku.

2. ::ZUS:: za całokształt dorobku.

3. ::Prokom:: za sadystyczny program Płatnik i jego nieustanne mutacje.

4. ::Fackelmann:: za chińską tandetę sprzedawaną w niemieckim opakowaniu na polskim rynku.

5. Moi sąsiedzi, mieszkający w domku przy ul. Rozdroże 14: za to, że w środku miasta trzymają psa na łańcuchu (przy okazji chciałbym również serdecznie pozdrowić tych moich sąsiadów z bloku, którzy na noc elegancko wystawiają swoje śmieci na klatkę schodową).

6. Danone Polska: za restrukturyzację ::jogurtów poziomkowych::, po której smakują jak rozmoczony różowy papier toaletowy.

7. Andrzej Gołota: za orientację na ringu i serce do walki.

8. ::Monika Szwaja:: za cały fascynujący cykl opowieści emerytowanej nauczycielki, które powinny być sprzedawane na receptę - ze względu na bardzo silne właściwości nasenne.

9. ::Zelmer:: za sokowirówkę, która powinna zostać wycofana ze sprzedaży na długo zanim skierowano ją do produkcji.

10. Kanał TVP KULTURA: za to, że nawet Mira Zimińska-Sygietyńska po dwóch dniach oglądania jego programu rozwiązałaby zespół "Mazowsze" i wzięła się za handel pietruszką.

ogłoszenie matrymonialne

sztukmistrz

No dobrze, przyznaję: śmiertelnie znudziło mi się już bycie singlem. Nie żebym miał coś przeciwko samemu sobie, generalnie jestem wyjątkowo interesującym facetem. Niektóre rzeczy jednak bardzo trudno robić w pojedynkę! Na przykład taka gra w pinponga: nieustanne bieganie dookoła stołu potwornie mnie męczy. Poza tym, cały świat został tak urządzony, ażeby uprzykrzyć niesparowanym życie. Można pojechać na wakacje, ale i tak biuro policzy za pokój dwuosobowy. A wyprawa samemu do kina, czy restauracji jest równie kusząca, jak wyrywanie zęba bez znieczulenia.

Oczywiście najgorsza sytuacja jest z seksem: tutaj natura dla singli pozostaje wyjątkowo bezlitosna. Można próbować rozwiązać to na własną rękę, jednak masturbacja ma się tak do seksu, jak mandat do mandatu poselskiego. Podstawowy problem polega na tym, że wszystkie wolne kobiety, jakie znałem, albo już dawno wyszły za mąż albo powymierały. Stacjonarny tryb życia, jaki prowadzę, niezbyt sprzyja spotykaniu nowych osób. Ze względu na to, że nie piję alkoholu, nie bywam w tzw. lokalach. Moje zdanie na temat ::znajomości zawieranych poprzez Internet:: już znacie. Dlatego nie pozostało mi nic innego, jak zaapelować do tych niszowych wykształconych przedstawicielek płci pięknej, które czytają tego bloga. Jestem: wrażliwy, czuły, przystojny i inteligentny. Szukam: ładnej, młodej i bogatej (panowie nie piszcie, szkoda waszego czasu). Aby ułatwić wam decyzję, na specjalne życzenie Leniucha zamieszczam swoje zdjęcie z wakacji nad morzem.

sąd ostateczny

sztukmistrz

Jest takie urocze stare wierzenie indiańskie, że na Sądzie Ostatecznym zostaną zbawieni tylko ci, za którymi wstawi się chociaż jedno zwierzę. Często wyobrażam sobie tą scenę. Miejsce i czas akcji zawsze takie same: długa aż po horyzont rampa kolejowa, szary świt po zimowej nocy. Stoję w zbitym tłumie zmartwiałych z przerażenia, nagich ludzi i czekam na wyrok. Wzdłuż rampy płynie rzeka zwierząt: psów, kotów, koni, bydła i owiec. Co jakiś czas jedno z nich podbiega radośnie do swojego pana. Wreszcie dostrzegam w oddali mojego jamnika miniaturkę. Fryderyk pędzi do mnie co sił w krótkich nóżkach. Oddycham z ulgą, ale pies mija mnie obojętnie i ekstatycznie merdając ogonem wita się ze stojącym kawałek dalej rzeźnikiem, który trzyma w dłoni kawałek boczku. Otaczające mnie twarze uśmiechają się z politowaniem. Próbuję się do niego przepchać, jednak aniołowie z ochrony stanowczo biorą mnie pod ręce i zrzucają na dół.

Hieronimus Bosch "Sąd Ostateczny" (detal)

pijany jak świnia?

sztukmistrz

Ponad 30 lat temu biochemik Myron Tumbleson postanowił sprawdzić, co stanie się, jeżeli świnie będą miały dostęp do alkoholu (dla mieszkańców miasta wyjaśniam, że świnie są to te zwierzątka, które spotykamy na co dzień pod postacią kotleta schabowego). Trzodzie chlewnej dostarczono wódkę z sokiem pomarańczowym! Stado, jeszcze zanim prosiaki miały okazję sobie golnąć, wypracowało bardzo ścisłą wewnętrzną hierarchię, zgodnie z którą poszczególni członkowie zajmowali odpowiednie miejsca w chlewie. Przywódcy przysługiwało najcieplejsze legowisko w rogu pomieszczenia, następnie kładły się zwierzęta znajdujące się coraz niżej w hierarchi, kończąc na najgorszej wieprzowinie, która zawsze musiała wystawiać swój zadek na świeże powietrze. Była to dla niej z przyczyn oczywistych sytuacja dyskomfortowa, szczególnie w zimie (przypominam, że to właśnie świńskie pośladki są źródłem pysznej szyneczki).

"Król świń pił tak dużo, że stracił swoją pozycję w ciągu 24 godzin" podaje Tumbleson. "Świnia numer 3 piła bardzo mało i została nowym królem świń". Jednakże następnego ranka świnia, która pierwotnie była numerem 1, przyszła do siebie i w ciągu 72 godzin wróciła na szczyt hierarchii. Tumbleson stwierdził, że "nie upiła się ona już nigdy więcej".
Po tym doświadczeniu świnie wytworzyły takie formy picia, które były najwyraźniej zdeterminowane ich uczuciami w stosunku do własnej pozycji społecznej. "Największą pijaczką była świnia zajmująca szóstą pozycję w hierarchii społecznej złożonej z siedmiu świń" wyjaśnił Tumbleson. "najwyraźniej jest ona sfrustrowana z powodu swej pozycji i ucieka w alkoholizm". Eksperyment ten przyniósł także dobrą wiadomość dla wiecznie przegrywających: świnia zajmująca najniższą pozycję w zagrodzie najwyraźniej nie czuła żadnej potrzeby, aby zalewać swe smutki. "Świnia numer 7 wiedziała, że jest ostatnia", powiedział badacz z Missouri, "i zaakceptowała to" ("Newsweek", 30 lipca 1973).

skrzyżowanie Lema z Masłowską

sztukmistrz

Ponieważ ::Leniuch::, nasza wielka nadzieja polskiej literatury i mój jedyny pozostały przy życiu komentator, miał niezrozumiałe wątpliwości, jak wyglądałoby skrzyżowanie Lema z Masłowską, specjalnie dla Niego zamieszczam poglądowy rysunek:

x - skrzyżowanie Lema z Masłowską

© Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci