Menu

Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje!

uwaga: na tym blogu stosuje się ironię, wyciąganie zbyt daleko idących wniosków przypomina wyciąganie dżdżownic z mokrej ziemi

zbuntowana maszyna

sztukmistrz

Kraków odetchnął z ulgą podczas długiego wekendu. W takie dni uświadamiam sobie, jak bardzo kocham to miasto, cierpiące na wieczną depresję poporodową. Kamieniczki w centrum wygrzewają stare mury w promieniach wiosennego słońca, a ulice stają się przejrzyste i sielankowe, jakby znalazły się na wakacyjnej pocztówce.

Rano pożeglowałem do czytelni w Bibliotece Jagiellońskiej. Ostatni raz byłem tam kilkanaście lat temu. Gorejącym znakiem naszych czasów są zwarte szeregi samochodów, które oblegają gmach, w środku wszędobylskie urządzenia elektroniczne i hordy ochroniarzy, przeprowadzających przy wyjściu skrupulatną rewizję. Do tego manifestacyjnie trzaskające obcasami dziunie z wyeksponowanymi brzuszkami, natarczywe odgłosy komórkowych telefonów oraz panoszące się automaty do napojów. Przedstawiciel tych ostatnich zamiast białej kawy dużej i słodkiej wypluł z siebie kilka kropel gorzkiego płynu, czarnego jak smoła. Czyżby początek nieuchronnego buntu maszyn?

sałatka grecka: bo akurat zaczyna się na nią sezon

sztukmistrz

Składniki dla dwóch osób (chociaż niektórzy jedzą ją w tragicznej samotności):
3 pomidory
1 ogórek
1 cebula
1 papryka
czarne oliwki (kilkanaście sztuk)
ser feta (opakowanie ok. 200 g)
oliwa z oliwek
oregano
czosnek
pieprz, sól, cytryna


Przyrządzenie tej potrawy jest banalnie proste i nie wymaga żadnych kulinarnych talentów: najlepiej świadczy o tym fakt, że własnoręcznie potrafię to zrobić. Nie powinno wam zająć również dużo czasu - przy odrobinie wprawy jakieś piętnaście minut. Sałatka grecka jest przy tym absolutnym fenomenem z punktu widzenia dietetyki: niskokaloryczna, lekkostrawna, żadnego cholesterolu, bogata we wszelkie witaminy i mikroelementy, z dużą zawartością błonnika. Do tego wszystkiego magiczne działanie oliwy z oliwek. Dlatego z czystym sumieniem mogę Wam ją polecić!

Musicie tylko pamiętać o jednym: sałatkę zaczynamy przygotowywać, zanim znajdziemy się w kuchni z nożem w ręce, jeszcze na etapie zakupu jej składników. Trzeba włożyć trochę serca w wybranie stosownych ingrediencji, aby otrzymać całość na odpowiednim poziomie. Najważniejsze są pomidory, ponieważ stanowią niejako duszę tej potrawy. Powinny być średniej wielkości, dojrzałe, ale niezbyt miękkie. Sam unikam tych idealnie okrągłych, półprzeźroczystych syntetyków bez smaku, sprzedawanych w supermarketach. Najlepiej pofatygować się na najbliższy targ i kupić pomidory od prawdziwego chłopa, lekko garbate, czerwono-pomarańczowe, nasiąknięte słońcem. Główka cebuli: może być większa i czerwona, ale to zależy od waszego osobistego stosunku do tego warzywa. Ta reguła obowiązuje także w wypadku innych dodatków - jeżeli któryś z nich bardziej lubicie, nie wahajcie się szczodrze nim dysponować. Papryka raczej mniejsza, niż większa, kolor bez znaczenia, byleby był zielony ;) Oliwki obowiązkowo czarne, broń boże nie krojone! Optymalne są te z pestkami, lekko podsuszone (na sposób grecki), dzięki czemu nie tracą swojego intensywnego, aromatycznego smaku. Ser feta niekoniecznie oryginalny, ja używam polskiej podróbki, która całkiem się sprawdza, pod warunkiem, że jest odpowiednio twarda i spoista. Można wyjąć go z opakowania na kilka godzin przed użyciem: dzięki temu nie klei się i łatwiej go pokroić w kostkę.

Ogórek i cebulę obieramy ze skórki, paprykę patroszymy, następnie siekamy to wszystko na plasterki. Pomidory kroimy w niezbyt duże "ćwiartki". Uzyskany w ten sposób surowiec wsypujemy do półprzeźroczystej miski, delikatnie skrapiamy cytryną, a potem polewamy jedną czwartą szklanki oliwy z oliwek (nie oszczędzajcie na niej - musi być droga i dobra!) wymieszanej z oregano i wyciśniętą główką czosnku. Pieprzymy, solimy, delikatnie miszungujemy, na wierzch kładziemy ser feta oraz oliwki. Już sam zapach, mocny, ale przejrzysty, drażniący powonienie czosnkowo-ziołową nutą, jest hipnotyczny. Do tego francuska bagietka, grubo pokrojona. Smacznego!

popsuty matrix: znajdź błąd

sztukmistrz

W moim poprzednim wcieleniu założyłem na forum "Gazety" wątek na temat ::POPSUTEGO MATRIKSA::, czyli coś w rodzaju książki skarg i zażaleń, gdzie udręczeni ludzie mogą wpisywać wyłapane błędy w działaniu oprogramowania. Najdziwniejsza jednak systemowa pomyłka, z jaką kiedykolwiek się spotkałem, miała miejsce kilka dni temu w tesku. Kiedy dziewczyna, która stała przede mną w kolejce do kasy, zaczęła wykładać na taśmę zawartość swojego koszyka, po prostu osłupiałem! To były moje zakupy! Dokładnie te same, rzadko spotykane produkty, jakie może nabywać wyłącznie samotny mężczyzna po trzydziestce, zafiksowany na punkcie zdrowego odżywiania. Otręby pszenne, niskokaloryczne jogurty, warzywa na patelnię i brązowy cukier. Bezczelnie został skopiowany nawet mój zestaw ziołowych herbatek - po jednym opakowaniu melissy, mięty i rumianku - stanowiący jakże wdzięczny obiekt drwin dla moich znajomych. Poczułem się, jakbym trafił do obrazka pt. "znajdź 10 różniących się szczegółów". Dopiero po chwili wpadłem na logiczne rozwiązanie: program omyłkowo przypisał do nieznajomej dziewczyny plik, definiujący typową zawartość mojego koszyka. Zastanawiam się tylko, czy ona również się zorientowała?

otchłań

sztukmistrz

Jestem uzależniony od jogurtów poziomkowych.* Wiem - to żałosne. Oczywiście, że wolałbym, żeby to była jakaś bardziej szlachetna i wyrafinowana substancja, na przykład kokaina albo przynajmniej kubańskie cygara, a nie pospolite zsiadłe mleko, w dodatku w kolorze różowym. Niestety, żaden człowiek nie wybiera swojego uzależnienia.



Długo do mnie nic nie docierało. Latami oszukiwałem się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Pomimo tego, że konsumowałem jogurty poziomkowe praktycznie codziennie, najczęściej największe opakowanie, wydawało mi się, że doskonale potrafię to kontrolować. Opracowałem rozbudowany system iluzji i zaprzeczeń, okłamując w żywe oczy siebie i świat dookoła. Jakiekolwiek próby zwrócenia mi uwagi ze strony przerażonych przyjaciół wywoływały u mnie wyłącznie agresywne reakcje. Potrafiłem przedstawiać dziesiątki różnych argumentów na rzecz jogurtów poziomkowych, odwołując się nawet do ich rzekomych walorów zdrowotnych! Coraz częściej zdarzało mi się jeść jogurty poziomkowe samotnie, ukrywając przed światem moją mroczną tajemnicę.

Po pewnym czasie w zbudowanej przeze mnie tamie pojawiły się pierwsze pęknięcia, którymi z wolna zaczęła sączyć się oczywista prawda. Mieszkanie pełne pustych plastikowych kubków, nagminne jedzenie jogurtów poziomkowych już od rana, na śniadanie, wciąż ponawiane, bezskuteczne próby ograniczenia spożycia: sam widok lad chłodniczych w tesku wyzwalał we mnie reakcję warunkową. Kiedy tamtędy przechodziłem, miałem wrażenie, że jogurty wołają i wyciągają do mnie ręce.

Ogarniało mnie narastające poczucie pustki i bezradności. Sypiałem coraz gorzej, śniąc spocone koszmary w kolorze soczystej zieleni, poprzetykane czerwonymi, lekko chropowatymi stożkami. W tym czasie nałogowo już pochłaniałem poziomki w każdej postaci: kupowałem nawet świeże na targu i polewałem śmietaną z cukrem. Szarpały mną wyrzuty sumienia, niczym sępy, dręczące przykutego do skały Prometeusza. Przygniatające poczucie winy nie pozwalało mi czasem złapać oddechu.

Któregoś poranka obudziłem się, nie pamiętając, gdzie zaparkowałem samochód. Była to kropla, która przelała wiadro zimnej wody. (Dopiero w trakcie terapii, kilka miesięcy później, okazało się, że w ogóle nie posiadam auta.) Zgubiłem gdzieś różowe okulary i nagle zobaczyłem prawdziwe oblicze rzeczywistości: opuchnięte, ziemistoszare, pokryte siecią zmarszczek, nieudolnie skrywanych pod warstwą kleistego pudru. Zrozumiałem, że droga, którą podążam, nieuchronnie prowadzi do samounicestwienia. Znajdowałem się na równi pochyłej, staczając się jak kula śniegowa, prosto w czeluści rozżarzonego piekła uzależnionych - najbardziej przeklętego miejsca na ziemi.

Nazywam się Sztu i jestem anonimowym poziomkoholikiem.

Jestem, kim jestem.

Robię to, co robię.

Nie uciekam przed swoją przeszłością.

Nie znam swojej przyszłości.

Wiem tylko, że dzisiaj może zależeć ode mnie.

* a także od "Gazety Telewizyjnej", piątkowego dodatku do "Gazety Wyborczej", ale jeszcze jestem nie gotowy, żeby publicznie o tym mówić!

uwaga na Fackelmanna

sztukmistrz

Wszystkie nabyte przeze mnie w tesku tzw. dobra trwałego użytku okazały się mniej więcej tak samo trwałe, jak męskie obietnice, składane w celu zaciągnięcia kobiety do łóżka. Trudno powiedzieć, że nie przetrwały próby czasu: czas nie zdążył nawet ich obwąchać. Łatwiej wycisnąć przyznanie się do winy z płatnego mordercy, niż czosnek za pomocą oferowanej w tesku aluminiowej wyciskarki (Fackelmann, made in China), która pękła przy pierwszej próbie uzycia. Tłuczek do mięsa (Fackelmann, made in China) przeżył jakieś dwa tygodnie, a potem ze wstydu się rozpadł. Metalowa tarka do jarzyn (Fackelmann, made in China) ochoczo pokryła się rdzą. Garnek do gotowania na parze okazał się nieodporny na wysoką temperaturę. Podobnie jak specjalna plastikowa łyżka, która surrealistycznie zdeformowała się w trakcie smażenia jajecznicy. Aluminiowy kubek, który poleciał ze mną aż do Hiszpani, mógłby raczej pełnić funkcję sitka - tak intensywnie przeciekał. A elektryczny czajnik wyraźnie nie był przygotowany na jakikolwiek bliższy kontakt z wodą.

Większość z wymienionych przeze mnie produktów została wykonana w Chinach, gdzie wciąż panują XIX wieczne warunki pracy. Bardziej opłaca się tam zatrudniać niewykwalifikowanych robotników, pracujących po 12 godzin za 3 dolary dziennie, niż zastąpić ich kosztownymi maszynami. Trudno się dziwić więc ich fatalnej jakości. Problem w tym, że często są one firmowane przez znane zachodnioeuropejskie koncerny, które ze sprzedaży tej tandety czerpią gigantyczne zyski. Prywatnie wprowadziłem więc całkowity bojkot towarów made in China, a w szczególności firm-oszustek, które sprzedają je pod swoją marką.

osądźcie sami

sztukmistrz

Bestseller Dona Browna raczej mnie rozczarował, ale jedna rzecz nie daje mi spokoju. Moim zdaniem postać namalowana przez Leonarda, siedząca podczas "Ostatniej wieczerzy" po prawicy Chrystusa, rzeczywiście przypomina kobietę:

 

W razie wątpliwości, jeszcze dokładniejszą reprodukcję tego fragmentu obrazu można sobie spokojnie przestudiować ::tutaj::

kiedy byłem batmanem

sztukmistrz

Jest kilka nieśmiertelnych, naprawdę zabawnych i niestety opartych na faktach anegdot z mojej burzliwej młodości. Funkcjonuję w nich jako tzw. modus operandi, czyli główny bohater. Najczęściej występuję w tragikomicznej roli, pod wpływem alkoholu, to znaczy najebany jak działo i energicznie popycham akcję w zupełnie niespodziewanym dla nikogo kierunku. Ze względu na specyfikę mego stanu niewiele z tych doniosłych wydarzeń pamiętam, ale mogę sobie doskonale samego siebie wyobrazić. Sztywne ruchy, nieprzytomne spojrzenie, ten swoisty głupkowaty uśmieszek i absolutna nieobliczalność poparta pijackim przekonaniem o własnej nieomylności. Nawet parokrotnie zdeformowany nos oraz kilka wizyt na pogotowiu niewiele mnie nauczyło.

W dawnych czasach byłem batmanem. Tak właśnie, tym skrzydlatym, gibkim stworzeniem o harmonijnych, płynnych ruchach i magicznej zdolności fruwania w powietrzu, które znacie z wielkiego ekranu. Miałem czarny, długi płaszcz i po kilku drinkach potrafiłem się oderwać od ziemi. Niestety, na drodze mojej samorealizacji najczęściej stawali zawistni koledzy, którzy uporczywie ściagali mnie z różnego rodzaju wzniesień i brutalnie blokowali dalsze posunięcia w tym kierunku. Któregoś dnia spotkałem się z moim dobrym przyjacielem T. w klubie brydżowym, który mieści się na obrzeżach starego miasta. Byłem już nieźle zaprawiony i intensywnie pragnąłem udać się do tzw. centrum, w celu kontynuowania imprezy.

T. był wtedy posiadaczem kultowego małego fiata, pieszczotliwie zwanego Szerszeniem, pozbawionego hamulców, świateł stopu oraz jeszcze kilku innych szczegółów, które ludziom małej wiary wydają się konieczne do prowadzenia pojazdów mechanicznych. Pamiętam, że przez pięć lat nigdy nie zgasła w nim lampka rezerwy paliwa - cierpiał na chroniczne niedotankowanie. Szerszeń zginął w końcu śmiercią tragiczną, podczas wyprzedzania dwóch innych samochodów, na podwójnej ciągłej, pędząc z szybkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę. Taki był z niego kozak.

Tak więc wzięliśmy świętej pamięci malucha, zaokrętowaliśmy jeszcze jednego, również imprezowego kolegę i pojechaliśmy w kierunku rynku. Pamiętajcie jednak, że byłem batmanem! Żaden szanujący się batman nie wsiądzie do środka samochodu. Bez wahania postanowiłem jechać na zewnątrz! Stanąłem na tylnym zderzaku i położyłem się przodem na dachu auta. Spróbowalibyście mnie stamtąd ściągnąć! W końcu przyjaciele dali za wygraną - mieliśmy do przebycia zaledwie kilka mało ruchliwych uliczek. T. jechał wolno i spokojnie, poły mojego płaszcza powiewały malowniczo na wietrze, a ja czułem się nareszcie zrealizowany. Nawet koledzy jakby się pogodzili z faktem, że jestem wielkim nietoperzem i zaczęli wesoło do mnie stukać z wnętrza pojazdu.

Nagle poczułem, jak ktoś energicznie szarpie mnie za ramię. Odkleiłem policzek od brudnego dachu i płynnie zeskoczyłem na ziemię. Obok stał kompletnie osłupiały policjant i trzymał mnie za rękaw.
- Co Pan robi? - pytał zdziwiony, jakby nigdy nie widział żadnego filmu.

Tutaj pozwolę sobie na małą dygresję, w celu przedstawienia ostatnich wydarzeń z punktu widzenia naszego kierowcy. Kiedy dojeżdżał do jakiegoś skrzyżowania, główną ulicę akurat patrolował policyjny radiowóz. Trudno było nie zauważyć pomarańczowego malucha z mężczyzną na dachu. Próbował mnie ostrzec za pomocą walenia w blachę, jednak ja błędnie zinterpretowałem jego rozpaczliwe sygnały. Policjanci zatrzymali swój samochód na środku drogi i podbiegli do mnie. Pikanterii całej sytuacji dodawał fakt, że kilka dni wcześniej zrobiłem stróżom porządku karczemną awanturę, właściwie bez żadnego konkretnego powodu, która nieomal skończyła się moim aresztowaniem. Dlatego T. dosyć rozsądnie pomyślał sobie "kurwa, przejebane" na widok panów w niebieskich mundurach biegnących w kierunku Szerszenia.

- Co Pan wyprawia? - zapytał zdumiony  policjant zaraz po tym, jak powróciłem na ziemię.
- Panowie, nie róbmy sobie kłopotu! - wybełkotałem, patrząc przy tym na nich groźnie.
- Ma Pan dokumenty? - wyszeptał zaskoczony.
- Żadnych - odparłem z godnością, jak przystało na batmana, obrońcę pokrzywdzonych.
- A może pan ma jakieś dokumenty - zapytał z nadzieją siedzącego za kierownicą T.
- Nie mam – T. postanowił udawać, że nic go ze mną nie łączy.
Policjanci byli wyraźnie zbici z tropu. Stali tak bezradnie, zupełnie zdezorientowani. Porzucony radiowóz powodował coraz większy korek. Zrobiło mi się nawet ich trochę żal, pewnie nigdy na szkoleniu nigdy nie przerabiali podobnej sytuacji. W końcu któryś z nich machnął ręką zrezygnowany:
- Jedźcie, Panowie. Tylko proszę wsiąść do środka.

forsa

sztukmistrz

Pan F. był bardzo starym człowiekiem i każdego dnia przygotowywał się na rozstanie ze światem. Śmierć nie napawała go jednak przerażeniem, przyjmował ją jako coś logicznie nieuniknionego, fragment większego, naturalnego porządku. Nie był wierzący i nie pocieszał się, że istnieje jakiś ciąg dalszy. W miarę upływu lat coraz mniej podobało mu się życie: nie pochwalał kierunku, w jakim sprawy zmierzają i raczej nie żałował tego, że już wkrótce będzie daleko od tego zgiełku i zamieszania.

Pan F. był również osobą niezwykle pracowitą i oszczędną. Przez ponad pół wieku udało mu się zgromadzić pokaźny majątek. Trzymał swoje oszczędności w dolarach - tak samo postępowali jego dziadek i ojciec, dopóki wszystkiego nie stracili podczas wojny. Dla Pana F. dolar był jedyną pewną lokatą, ostoją w tym zmieniającym się z szaloną szybkością, dokądś pędzącym świecie, którego nawet nie próbował rozumieć.

Jednak nawet dolar nie wytrzymał próby czasu i dał się wciągnąć w jakieś szemrane spekulacje. Pan F. z przerażeniem patrzył na wciąż spadający kurs i kręcił z niedowierzaniem głową. Prawie codziennie zachodził do mojego biura, ażeby się poużalać. Siadał ciężko na krześle, sapał i wygłaszał ciągle tę samą, wzburzoną tyradę.
- Panie Akrobato, jak to możliwe? Dlaczego w Polsce jest coraz gorzej, nasza gospodarka ledwo dyszy, a złotówka jest taka silna, jak nigdy wcześniej? Pan wie, że ja już straciłem równowartość dwóch nowych mercedesów? Czy pan to wszystko rozumie? - pytał mnie z gniewnym zdziwieniem.

Uśmiechałem się tylko ze współczuciem, nie próbując nawet tłumaczyć starszemu panu zawiłości obecnej ekonomii. Akcje, obligacje, kreatywna księgowość, instrumenty pochodne, manipulacje kursami, gra na zniżkę, wrogie przejęcia, kapitał spekulacyjny, sprzedawanie obietnic, odsetki od nieistniejących kapitałów, bicie piany, maklerzy w czerwonych szelkach i grube ryby, zarabiające w ciągu kilku tłustych sekund więcej, niż zwykły człowiek przez całe swoje życie. Drapieżniki, których rytm dobowy wyznaczają godziny otwarcia giełd rozsianych po całym świecie, żywiące się resztkami, jakie opływający nasz glob strumień wirtualnego szmalu wyrzuca na mielizny. Cały ten koronkowy postmodernizm współczesnych rynków finansowych stanowił czarną magię dla człowieka starej daty, ubranego zawsze za ciepło w stosunku do pogody. Tym bardziej oszczędzałem mu oczywistej prawdy, że gdyby swoje pieniądze powierzył jakiemuś spokojnemu funduszowi inwestycyjnemu, to jego życiowy dorobek już dawno by się podwoił - zamiast topnieć w oczach z powodu globalnego ocieplenia.

Wreszcie przyszedł ten wielki dzień, kiedy to, na skutek jakichś tam plotek czy innych wypowiedzi ministra finansów, złotówka nagle potknęła się i zasłabła. Kurs dolara rósł w oczach. Przestraszone grube ryby za wszelką cenę zaczęły realizować zyski, bojąc się wyschnięcia płytkiego źródełka. Od rana wyglądałem niecierpliwie pana F. wraz z jego nowoprzywróconą wiarą w potęgę amerykańskiej waluty. Wyglądało na to, że stracone wirtualne mercedesy powróciły na swoje miejsce w garażu. Pojawił się, owszem, ale jakiś zamyślony i bynajmniej wcale nie szczęśliwy.
- Panie Azazello, to wcale nie jest takie dobre. Ja to dopiero teraz widzę. To prawda, dolar stoi wreszcie wysoko i jak go sprzedam, to dostanę więcej złotówek. Ale co z tego, skoro ja za te złotówki mogę kupić mniej dolarów, niż przedtem?

cudowny sekret wiecznej szczupłości gratis

sztukmistrz

No dobrze, nie będę was dłużej trzymał w tej koszmarnej niepewności: już nie jestem rozlazłym, galaretowatym tłuściochem. Od tamtych ::dramatycznych wydarzeń:: minęło sześć pełnych wyrzeczeń miesięcy, w trakcie których pozbyłem się ponad jedenastu kilogramów sadła. Teraz waga wyświetla dwie smukłe 7, co przy wzroście 183 cm daje ::BMI::, którego nie muszę się wstydzić (ok. 23).

Jak tego dokonałem? W jaki sposób w ciągu pół roku tak bardzo odmieniłem swoje życie? To proste: po kilku początkowych żałosnych niepowodzeniach odkryłem cudowny sposób na odchudzanie. Pewnie powinienem napisać poradnik i zbić na tym fortunę, ale Wy otrzymacie ode mnie fantastyczny sekret wiecznej szczupłości całkowicie gratis! Wystarczy ... mało jeść! Najlepiej nie jeść w ogóle. Żadnego chleba, ziemniaków i słodyczy, ale również konsumpcję innych produktów należy drastycznie ograniczyć. Do tego półtorej godziny Jogi dziennie i przynajmniej jedno popołudnie tygodniowo na basenie. To wszystko, naprawdę nie musicie mi dziękować.

zus: ciąg dalszy

sztukmistrz

Gdyby ZUS zajął się działalnością bankową:

- Każdy Polak musiałby raz w miesiącu wpłacać do banku określoną kwotę, nie mniejszą jednak niż połowa jego zarobków. W wypadku, gdyby nie miał żadnych dochodów, musiałby wpłacać równowartość połowy średniej pensji swoich sąsiadów.

- Pieniądze można by wpłacać tylko w jednym, ściśle określonym dniu miesiąca, tym samym dla wszystkich klientów. Przez pozostałe dni miesiąca bank zajmowałby się tylko tzw. działalnością wewnętrzną.

- Niewpłacenie pieniędzy w obowiązkowym terminie powodowałoby naliczenie przez bank karnych odsetek oraz podlegałoby karze pozbawienia wolności. Wysokość karnych odsetek płaconych przez klienta byłaby dziesięciokrotnie wyższa niż odsetki płacone przez bank.

- Ilość zatrudnionych w banku urzędników zwiększałaby się co roku o dziesięć procent. Jednak ilość urzędników zajmujących się obsługą klienta pozostawałaby zawsze w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do liczby wszystkich zatrudnionych.

- W dniu obowiązkowego wpłacania pieniędzy bank ograniczałby dwukrotnie ilość osób przyjmujących wpłaty.

- Żeby wpłacić pieniądze, każdy klient musiałby równocześnie złożyć szczegółową specyfikację banknotów, spis ich numerów, zestawienie swoich danych osobowych, potwierdzone notarialnie zaświadczenie o dochodach za ostatni miesiąc oraz aktualny życiorys z uwzględnieniem wszystkich miejsc zatrudnienia.

- Niezależnie od tego raz do roku każdy klient banku musiałby sporządzić wykaz wszystkich dokonanych przez siebie wpłat oraz wypełnić roczne zestawienie numerów i nominałów banknotów.

- System komputerowy banku nie pozwalałby w żaden sposób stwierdzić, kto, kiedy i w jakiej wysokości dokonał wpłaty. Nie byłby również w stanie sumować wartości poszczególnych wpłat.

- Jednocześnie koszty obsługi tego systemu pochłaniałyby czterdzieści procent wszystkich pieniędzy wpłacanych przez klientów.

- Kolejne czterdzieści procent wpłacanych do banku kwot pochłaniałyby koszty utrzymania banku oraz jego kierownictwa.

- Żeby otrzymać informację o stanie swojego konta, klient musiałby składać specjalne pismo, potwierdzone dowody wszystkich wpłat, zestawienia numerów i nominałów banknotów, a potem czekać trzy miesiące.

- Wypłacenie własnych pieniędzy z banku byłoby możliwe tylko w wypadku utraty wszelkich środków utrzymania oraz całego majątku. Stopień utraty majątku byłby określany przez grupę specjalistów powoływanych przez bank.

- Po ukończeniu osiemdziesięciu lat każdy Polak mógłby otrzymać niewielki procent zgromadzonych przez siebie pieniędzy. W tym celu musiałby jednak dostarczyć bankowi potwierdzone dowody wpłat dokonanych w ciągu całego życia oraz wypełnić zbiorcze zestawienie nominałów i numerów wszystkich wpłaconych w tym czasie do banku banknotów.

"bestia"

sztukmistrz

Od wielu lat znęca się nade mną ZUS, czyniąc to na wiele różnych wyrafinowanych sposobów. Jakby nie wystarczył sam fakt wyrzucania przez niego w błoto wpłacanych przeze mnie pieniędzy! Jedno z narzędzi tortur stanowi niejaki Płatnik, czyli obłąkany program do rozliczeń, napisany przez sadystów, specjalizujących się w eksperymentach na żywych ludziach. To trochę tak, jakby teraz Niemcy przesyłali więźniom rachunki za pobyt w obozie koncentracyjnym.

Płatnik jest on równie przyjazny dla użytkownika, jak lord Wader w trakcie misji bojowej. Po drugie, kiedy tylko uda się jako tako opanować jego obsługę, Prokom natychmiast wprowadza na mój koszt następną obowiązkową wersję, która działa oczywiście na zupełnie innej zasadzie. Import danych pomiędzy kolejnymi mutacjami programu jest przy tym trudniejszy, niż założenie legalnie działającej partii opozycyjnej w Chinach.

Oprawca ponadto domaga ode mnie, abym praktycznie przy każdym jego uruchomieniu zmieniał tzw. hasło administratora. Żąda wymyślenia w tym celu ciągu przynajmniej ośmiu znaków, na który teraz (wersja 6.03.001) MUSZĄ składać się cyfry oraz zarówno duże, jak i małe litery. Konieczność ich zapamiętywania co miesiąc zajmuje praktycznie całe moje zasoby umysłowe. Ten system zabezpieczeń, którego nie powstydziłby się program do sterowania głowicami jądrowymi, jest o tyle absurdalny, że bazę danych wszystkich "ubezpieczonych" w ZUS-ie można bez trudu zakupić na pierwszym lepszym bazarze.

* nie ukrywam, że do napisania powyższej notki natchnął mnie swoją "bestią" ::leniuch::

FPR

sztukmistrz

Na podstawie wielu lat żmudnych obserwacji oraz bogatych osobistych doświadczeń udało mi się sformułować I Fundamentalne Prawo Poruszania, mówiące, że: 

im wcześniej wyjdziemy na umówione spotkanie, tym mniej czasu zajmie nam droga.

Z którego możemy wyprowadzić kolejna prawidłowość:

im później wyruszymy, tym więcej czasu będziemy musieli przeznaczyć na osiągnięcie punktu docelowego.

zagadki wszechświata

sztukmistrz

Problem rozparowania skarpetek nurtuje środowisko naukowe od wielu lat. Ludzie genialni należą do osób również wybitnie roztargnionych: nikt nie zdaje sobie sprawy, jak wiele doniosłych i przełomowych odkryć nie zostało odkryte albo zostało odkryte z opóźnieniem z powodu czasu zmarnowanego na poszukiwanie zagubionych części garderoby. Jak wiadomo, niektórzy uczeni (należał do nich choćby Einstein) zastosowali radykalne rozwiązanie i nie nosili skarpetek w ogóle.

Pierwszą definicję zjawiska rozparowania skarpetek, jako "niemożności znalezienia skarpetki do pary", sformułował w 1879 roku niemiecki uczony Bundt. Siedem lat później jego kolega z uniwersytetu w Getyndze, Kistch, wprowadził pojęcie "wielokrotnego rozparowania", które oznaczało "niezdolność znalezienia pary do każdej kolejnej trzymanej w ręku skarpetki". Pomimo początkowej współpracy, obydwaj badacze wkrótce poróżnili się o samą naturę procesu rozparowania: idealista Bundt twierdził, że jest ono epifenomenem, a więc nie wolno go rozpatrywać w oderwaniu od osoby ich posiadacza. Z tego powodu uważał, że nie jest możliwe jego obiektywne wyjaśnienie za pomocą samej tylko metody obserwacji. Kistch reprezentował stanowisko stricte racjonalne: zachowanie skarpetek jest bytem niezależnym od ich właściciela i można je całkowicie wytłumaczyć na gruncie teorii przyczynowo-skutkowej. Jedynie miał wątpliwości, czy jest ono skutkiem, czy przyczyną.

W 1927 roku amerykański profesor Linner przeprowadził eksperyment, polegający na śledzeniu losów swoich czternastu par skarpetek pranych regularnie w odstępach dziesięciodniowych. W 1930 opublikował na łamach "Nature" sensacyjne wyniki: zjawisko rozparowania skarpetek nie istnieje. Przez ponad dwa lata prowadzenia skrupulatnych badań Linner ani razu nie zaobserwował żadnych jego objawów. Świat naukowy odetchnął z ulgą. Jednak jego asystent zeznał przed komisją Kongresu, że Linner posiadał wszystkie skarpetki dokładnie tego samego, czarnego koloru. W pewnym stopniu podważyło to rezultaty jego doświadczeń.

Obecnie coraz większą popularność zdobywa sobie teoria, zgodnie z którą rozparowanie skarpetek jest funkcją zarówno istotnych cech ich samych w sobie (dużo łatwiej rozparowują się na przykład skarpetki o zdecydowanych wzorach, których nie sposób dopasować do żadnych innych posiadanych), ale także pozostaje w zasadniczej zależności od otoczenia. Uczeni zgadzają się również, że jest to proces dynamiczny, który zachodzi w toku ich używania. Najlepiej oddaje niezwykłą złożoność całego zjawiska obserwacja współczesnego angielskiego badacza, dr. Woolswortha, który zauważył, że "żadne skarpetki nie rozparowują się same, podczas leżenia na półce w sklepie".

szarańcza

sztukmistrz

Ubocznym skutkiem ożywienia gospodarczego jest inwazja ::reklam::, pleniących się, jak białe robaki na zepsutym mięsie. Docierają nawet do kodowanych kanałów telewizyjnych, które dawniej były wolne od tej zarazy. I - chociaż jestem bardzo tolerancyjnym człowiekiem - czasem mnie to potwornie wkurwia! Dlaczego mam płacić za to, że kilku smutnych panów w garniturach nabija sobie kolejne zera na koncie?

Oczywiście, problemem jest nie tylko ilość reklam, ale przede wszystkim ich jakość. Są bardziej nachalne od pijanej kurwy w pustym barze, a przy tym prymitywne i hałaśliwe, niczym banda kibiców Cracowi po przegranym meczu. Pokazują jakąś groteskową wizję świata, w którym wszyscy ludzie są zawsze szczęśliwi, chyba że cierpią na chwilowy ból głowy. ::Hamburgery:: są tam delikatnymi potrawami dietetycznymi, krwiożercze banki udają filantropów, pralki psują się wyłącznie z powodu braku kalgonu1, a zakup odpowiedniego proszku do prania daje coś w rodzaju natychmiastowego suchego orgazmu.

1 na marginesie kalgonu: czy próbowaliście kiedyś policzyć, ile zaoszczędziła ta pani z reklamy, dzięki temu, że go nie używała? Zapewniam was, że odłożyła nie tylko na najdroższą nawet naprawę, ale być może na nową pralkę.

Bóg jest urzędnikiem

sztukmistrz

W dzisiejszych czasach nie ma już najmniejszych wątpliwości: Bóg jest Urzędnikiem. To pan w tanim garniturze z zarękawkami, ze zniszczoną teczką, w której nosi posegregowane wszystkie swoje wyroki. Urzędnik jest święty i nietykalny: o jego wyborze decyduje Urzędnik. Jego postanowienia są ostateczne. Można się od nich odwołać w terminie i trybie wyznaczonym przez samego Urzędnika. Odwołanie rozpatrzy inny Urzędnik.

Armia urzędników nieustannie rośnie. Milion urzędników budzi się każdego ranka i nakłada służbowe uniformy. Ulicami miasta płynie szary strumień, aby wsiąknąć w bramy wyschniętych biurowców. Zamknięci w swoich pokojach, skazani na stosy papieru, wszelkie wątpliwości rozstrzeliwują maszynową czcionką. Żądają od świata pisemnych uzasadnień sensu istnienia. Produkują papierowe łańcuchy dokumentów. Trzymają nasz los w zbroczonych tuszem rękach. Rozpatrują wszystkie przeciw. Osądzają. Wydają listy polecone. W terminie trzech dni. Przed oblicze swoje. Amen.

zdecydowane mniam mniam

sztukmistrz

składniki:
- mrożone brokuły (paczka ok. 450 g)
- mrożony kalafior - różyczki (jak wyżej)
- ser feta (najlepiej light) - ćwierć kilograma
- opakowanie migdałów w płatkach (60g)
- 10-12 dużych ząbków czosnku
- 6 do 8 łyżek stołowych oleju słonecznikowego
[kaloryczność średnia: solidna porcja, czyli 300 gramów sałatki, na oko nie powinna kosztować nas więcej, niż jakieś 450 kalorii - dokładne obliczenia pozostawiam kobietom powyżej 13 roku życia i dietetykom]

Długo wahałem się, czy wypada mi zamieszczać w tej rubryce przepis na powyższą, niestety nie do końca dietetyczną sałatkę (przede wszystkim z powodu wysokokalorycznej, ale za to przepysznej omasty). Jednak jej boski smak jest wart drobnego odstępstwa od surowej reguły. Oparta na kalafiorze i brokułach, pozostaje przy tym potrawą zdrową i lekkostrawną, idealną wręcz na tą porę roku. Jest bardzo łatwa w przygotowaniu i praktycznie nie sposób jej zepsuć. Z powodu wysokiej zawartość czosnku nie polecam jej raczej na romantyczną kolację.

Olej lekko rozgrzewamy na teflonowej patelni, wysypujemy na nią migdały. W tym czasie obieramy czosnek, bezwzględnie siekamy go na plasterki i dodajemy do migdałów (w sumie z około 5 minutowym opóźnieniem). Całość podsmażamy na złoty kolor, ale powstrzymujemy się od nieustannej degustacji. Równocześnie gotujemy (najlepiej na parze) warzywa. Kruszymy ser feta na drobne kawałki. Wszystkie powyższe składniki wrzucamy do dużej salaterki i tam czule mieszamy. Ewentualnie doprawiamy za pomocą pieprzu i soli. Sałatką można delektować się zarówno od razu na ciepło, jak i na zimno.

Uwaga: efekt końcowy obliczony jest mniej więcej dla czterech osób, nieszczęsne single powinny przystępować do konsumpcji z dużą ostrożnością, gdyż niezwykle trudno uniknąć zjedzenia za jednym zamachem wszystkiego.

gangsterzy

sztukmistrz

"Wyborcza" wydała w ramach kolekcji literatury XX wieku "Ojca Chrzestnego" Mario Puzo. Jest to dosyć szokujący wybór. Zupełnie przeciętne czytadło zrobiło oszałamiającą karierę, trafiając na półkę w towarzystwie takich arcydzieł, jak "Stąd do wieczności", "Imię róży", czy 'Lolita" Nabokowa.

Stało się tak wyłącznie dzieki kultowemu filmowi Coppoli: mało kto wie, że najpierw powstał scenariusz, a dopiero póżniej Puzo rozbudował go do książki. Stąd może bierze się schematyczna narracja powieści, utrzymanej w stylu brazylijskiej opery mydlanej. Główni bohaterowie, odarci z niepowtarzalnej charyzmy Marlona Brando i Pacino, stają się papierowi i nieprzekonujący. Skorumpowani policjancji, przekupni politycy, puszczalskie gwiazdy filmowe, szablonowi gangsterzy, którzy uciekli z jakiegoś pobliskiego komiksu, omerta, pracowita garotta i pocztówkowa Sycylia - wszystko to składa się na specyficzny rodzaj mało wyszukanego, dymiącego spaghetti kryminału. Ale przynajmniej jest to pozycja lekkostrawna, którą bez obaw można skonsumować do poduszki przed snem, a filmowa kreacja Brando w roli Don Corleone wyznaczyła zawodowe standardy dla wielu następnych pokoleń gangsterów.

PS. Zwróćcie uwagę, że jakoś wśród najlepszych książek XX wieku zabrakłow "Ulissesa" Joyca - utworu tak genialnego, że nikt normalny po prostu nie jest w stanie go przeczytać.

horror

sztukmistrz
Jaki był najbardziej dramatyczny moment w waszym życiu? Bo ja ostatnio przez dłuższą chwilę nie mogłem nigdzie znaleźć pilota od telewizora!

sympathy for the devil

sztukmistrz
Przeglądam czasem, a jakże, ogłoszenia towarzyskie w internecie. Pokazują one najlepiej, że różnica pomiędzy prawdziwą a wirtualną rzeczywistością jest mniej więcej taka, jak między krzesłem a krzesłem elektrycznym. Sami wyrafinowani miłośnicy literatury, melomani uprawiający różnorakie sporty ekstremalne, utalentowane artystycznie dusze, interesujące się psychologią i filozofią Wschodu, spontaniczni koneserzy ambitnego kina, romantycy uwielbiający podróże i egzotyczną kuchnię. I wszyscy wrażliwi, otwarci, szczerzy oraz nietuzinkowi. To kto, u diabła, siedzi w domu, dłubie w nosie, ogląda "Klan" i wpierdala schabowe?
Na Sympatii znalazłem nawet anonsy dwóch moich byłych narzeczonych. Dziewczyna, która przed ślubem nie chciała pozwolić nawet wziąć się za rękę, reklamuje się, jako namiętna zwolenniczka seksu bez żadnych zahamowań. Druga, obłąkana domatorka, której trzęsienie ziemi nie mogło odciągnąć od telewizora, pisze, że uwielbia nocne życie i szaloną zabawę do samego rana. Obawiam się, że w tej sytuacji jednak zostanę starym kawalerem, którego śmierci nikt nie zauważy, aż w końcu zjedzą mnie własne koty, których jeszcze nawet nie posiadam.

łoszingmeszin story cz.2 i raczej przedostatnia)

sztukmistrz

W ::części pierwszej:: opisywałem, jak nie kupowałem pralkę. Generalnie uwielbiam nie kupować różne produkty, szczególnie te z obszaru tzw. nowych technologii. W dzisiejszych, maksymalnie podrasowanych czasach, urządzenia stają się przestarzałe, jeszcze zanim zdążymy je dobrze rozpakować. Niekupowanie wydaje się więc być jedyną rozsądną strategią postępowania. Cyfrowego aparatu fotograficznego nie kupuję już prawie dwa lata - dzięki temu mogę sobie pozwolić na kilkakrotnie lepszy model za tę samą cenę (oczywiście czysto hipotetyczny). Z komputerem wystarczy powstrzymać się przez półtora roku, aby uzyskać podwojenie jego mocy obliczeniowej. Właściwie reguła ta dotyczy wszystkich dóbr konsumpcyjnych, może wyjąwszy pieczone kurczaki w tesko, ale tych nie należy kupować z zupełnie innych powodów.

ciąg dalszy oczywiście kiedyś nastąpi

rozmowa

sztukmistrz

Siedziałem przed komputerem i tworzyłem notkę na temat ::zagadek Wszechświata::. Nagle pod krzesłem objawił się mój tłuściutki jak osełka masła jamnik i kategorycznie zażądał wyniesienia na kolana. Nauczony gorzkim doświadczeniem, nie próbowałem nawet z nim dyskutować. Kiedy znalazł się na górze, oparł się przednią łapką o biurko, a drugą zaczął starannie wybierać literki na klawiaturze:
- FRYDERYK - pojawiło się na ekranie
- Ach, więc już umiesz pisać? - zapytałem grzecznościowo.
- TAK - natychmiast wystukał dumną odpowiedź.
- A ile jest 2 razy 2? - przeszedłem do kontrofensywy.
Tym razem pies sprawiał wrażenie mocno zakłopotanego.
- 5? - odetchnąłem z ulgą i zgoniłem go na podłogę.

glebogryzarka

sztukmistrz
Kilka miesięcy temu kupiłem sokowirówkę. To niepozorne urządzenie jest kolejnym kamieniem milowym na mojej drodze w kierunku zdrowego odżywiania się, po której toczę z pośpiechem, typowym dla każdego neofity. Bądźmy szczerzy, większość soków sprzedawanych w kartonach ma smak rozpuszczonych landrynek. Tzw. sok marchwiowy natomiast w ogóle nie posiada smaku, a jedynie wyblakły zardzewiały kolor. Z dzieciństwa pozostało mi wspomnienie prawdziwej ambrozji, przygotowywanej przy użyciu zabytkowej rosyjskiej sokowirówki. Ta zawzięta maszyna co kilka kropel płynu wymagała czyszczenia i jej obsługa przypominała oddzielanie maku od popiołu, na które macocha skazywała biednego Kopciuszka.

Postanowiłem kupić urządzenie krajowej produkcji, czyli Zelmera. Wstyd przyznać, ale całe dotychczasowe wyposażenie mojego mieszkania powstało na obczyźnie. Francuski telewizor, japoński sprzęt grający, amerykańska kuchenka, lodówka Gorenje, niemiecki czajnik, angielski toster, szwedzki Electrolux, włoskie żelazko. Trudno się dziwić, że chciałem mieć chociaż polską sokowirówkę. W sytuacji, kiedy cała Polska została wykupiona przez obcy kapitał, prasę duszą twarde niemieckie rękach, Wanda, co nie chciała Niemca, nie żyje, a nasz rynek ze wszystkich stron zalewają zagraniczne towary, uważam za obowiązek wspieranie rodzimych producentów. Długo walczyłem ze swoim zdegenerowanym estetyzmem, porównując wypasione sokowirówki Severina, czy Philipsa z toporną sieczkarnią z Rzeszowa, której dizajn bezpowrotnie wyszedł z mody pod koniec lat osiemdziesiątych. Byłem w sytuacji osiołka, który ma do wyboru kupno mercedesa albo o połowę droższego poloneza. Przypomniałem sobie Wiedeń, Somossierę oraz Monte Cassino i wybrałem poloneza.

Wziąłem w końcu z ciężkim sercem jeszcze cięższe pudło i w duchu spiewając Bogurodzicę poszedłem do kasy. Niestety, ta kuchenna historia nie kończy się happy endem. Sok wyprodukowany przez nieszczęsnego Zelmera miał półpłynną konsystencję przetartej papki. Wygląda na, że zamiast sokowirówki kupiłem coś w rodzaju glebogryzarki. I pomimo gorącego patriotyzmu nie miałem innego wyboru, jak zwrócić sokowirówkę do sklepu.

psychoza

sztukmistrz
Po przeczytaniu kolejnego ::artykułu pana Hugo-Badera:: w "Dużym Formacie", nie mogę oprzeć się wrażeniu, że autor cierpi na jakąś formę manii prześladowczej. Nie uważam bynajmniej naszego kraju za pastelową Arkadię mlekiem i miodem płynącą. Głęboko ubolewam nad zdziczeniem obyczajów, policją, której kondycja przypomina przeterminowaną galaretę wieprzową i politykami, zachowującymi się gorzej niż wieprze w bezpańskim chlewie (aby pozostać przy świńskiej retoryce). Jestem za surowym karaniem bandytów, z karą śmierci włącznie. Nie znaczy to jednak, że świat jest czarnobiały i składa się wyłącznie ze spalonych na heban, plastikowych blondynek oraz ich wielkich jak byki przyjaciół dresiarzy, polujących na zaszczutych posiadaczy telefonów komórkowych. Taka uproszczona wizja społeczeństwa pasuje bardziej do bajki o wilku i czerwonym kapturku, niż rzetelnej prasowej publikacji. Rezultaty heroicznego dziennikarskiego śledztwa są przy tym praktycznie żadne, a już na pewno nie nadają się na cover story.

odchudzam się, czyli jak pokonałem samego siebie

sztukmistrz
Dodałem nową kategorię - odchudzam się - która jest żelazną pozycją na każdym moim blogu. Nieprzypadkowo została zapisana tłustą czcionką i właściwie nie wymaga żadnych dodatkowych wyjaśnień. Gdy kilka miesięcy temu waga łazienkowa wyświetliła trzy pękate ósemki, byłem pewien, że głupie urządzenie się popsuło bądź wyczerpały się w środku baterie. Podobnie zachowywał się mój stary i zniedołężniały kalkulator, kiedy padało mu zasilanie. Niestety, inne, zupełnie niezależne od prądu źródła podały bardzo zbliżone wyniki. Szansa na to, że trafiłem akurat na dwie tendencyjne wagi, w dodatku uszkodzone w identyczny sposób, była doprawdy znikoma. Raczej też nie byłbym w stanie przekonać Francuskiej Akademii, że oto nagle zwiększyła się siła powszechnego ciążenia.

Nie było sensu dłużej tego ukrywać: jestem tłuściochem! Nabrzmiała prawda dotarła do mnie, jak wezwanie do zapłaty na biurko bankruta. Teraz ludzie przestaną mnie szanować i zaczną złośliwie uśmiechać się za moimi zwalistymi plecami. Czy można ufać człowiekowi, który nie potrafi poradzić sobie z własnym ciałem? Na plaży będzie podbiegał do mnie grinpis i spychał mnie do morza. Będę żył krócej, chyba że wcześniej spotka mnie zasłużony zawał albo inna śmiertelna choroba. Umrę w młodym wieku, jednak przecież nikt nie będzie takiego wstrętnego grubasa żałował. Może z wyjątkiem tych kilku osób, którym przyjdzie nieść moją trumnę.

Sytuacja wyglądała całkowicie beznadziejnie, aczkolwiek nie poddałem się tak łatwo. Sapiąc z wysiłkiem, sięgnąłem po plan B, oznaczony kryptonimem ODCHUDZANIE. Jestem prawdziwym ekspertem w tej dziedzinie: w kwestii zdrowego odżywiania zjadłem wszelkie rozumy. Nie ograniczam się jednak wyłącznie do teorii i odchudzam się również systematycznie na sobie przez ostatnie sześć miesięcy. Mój koszyk z zakupami mógłby spokojnie trafić na okładkę każdego szanującego się fitness-magazynu: wyłącznie niskokaloryczne produkty, tak lekkie, że powinny unosić się w powietrzu, zupełnie pozbawione tłuszczu, cukru oraz smaku. Do tego regularnie ćwiczę jogę, pływam jak obłąkany tam i z powrotem wzdłuż basenu, a wieczorami chodzę na romantyczne spacery z psem. Dzięki czemu przytyłem prawie pięć kilogramów!

Teraz jednak postanowiłem potraktować sprawę z należytą powagą. W końcu otyłość jest chorobą. Nie chciałem zostać zepchnięty na margines zdrowego społeczeństwa. Mieszkam samotnie, rzadko ktokolwiek mnie nie odwiedza, właściwie nie mam rodziny, mój własny jamnik mną skrycie gardzi, sąsiedzi słusznie uważają mnie za nieszkodliwego dziwaka, a moja dziewczyna w przypływie czułości nazywała mnie Misiakiem Najeźdźcą z Kosmosu! Czy w takich okolicznościach mogę pozwolić sobie na jakąkolwiek nadwagę?

© Lew, który dużo ryczy, mało mleka daje!
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci